Przed końcem 2025 roku kilkukrotnie informowaliśmy naszych Czytelników o kolejnej medialnej kampanii, która lada moment uderzy w środowiska konsumenckie. Kampania ta jest oczywiście inspirowana przez banki, które masowo przegrywają procesy frankowe i bardzo nie chcą, by ten scenariusz powtórzył się w przypadku sporów o SKD i WIBOR. Bankowcy, rękami sprzyjających im dziennikarzy i powiązanych z sektorem prawników, kolportują w sieci przekaz, według którego konsumenci idą w swoich roszczeniach zbyt daleko. 2 stycznia 2025 roku na stronie Wyborcza.biz pojawił się tekst ulubienicy Związku Banków Polskich, która już w nagłówku informuje czytelników, że „frankowicze walczą teraz o darmowe mieszkanie, bo darmowy kredyt już mają”. W tekście aż roi się od przekłamań i manipulacji, które postaramy się zdemaskować w poniższym komentarzu.
Z tekstu dowiesz się:
- Kto jest odpowiedzialny za to, że bankom częściowo przedawniły się roszczenia – kredytobiorcy frankowi i ich kancelarie czy… same banki
- Jak, według nagradzanej przez ZBP dziennikarki, wygląda metoda naliczania ustawowych odsetek za opóźnienie
- Czy walka kancelarii frankowych o przedawnienie roszczeń banków jest cyniczną grą na siebie, czy może jednak jest to wyraz dbałości o interes klienta.
Nowy Rok, stare zwyczaje banków: rusza kolejna fala hejtu wymierzona we frankowiczów i kancelarie prawne
Rok 2025 był dla frankowiczów słodko-gorzki: z jednej strony ich pozycja procesowa została wzmocniona przez kolejne wyroki TSUE, z drugiej jednak musieli się zmierzyć z niezwykle agresywnym atakiem medialnym i licznymi próbami manipulacji, obmierzonymi na zdyskredytowanie ich w oczach opinii publicznej. Wszystko wskazuje, że rok 2026 przyniesie kredytobiorcom kolejne wyzwania – banki, wyraźnie nieradzące sobie z masowymi porażkami w sądach i nikłym zainteresowaniem ugodami, starają się przekonać polskie społeczeństwo (a przy okazji posłów, którzy wkrótce głosować będą nad ustawą frankową) do tego, że to one są ofiarami frankowiczów, nie odwrotnie.
Sektor kolportuje tę narrację przy pomocy tej części środowiska dziennikarskiego, do której najwyraźniej nie przemawia idea zwiększonej ochrony konsumenckiej i wdrażania europejskich standardów w krajowym orzecznictwie. Tacy dziennikarze, ilekroć poruszają w swoich tekstach temat kredytów frankowych, robią to w taki sposób, by odbiorca tych treści nie utożsamiał się z konsumencką stroną tego konfliktu, tylko irytował „roszczeniową” postawą frankowiczów, przez którą biedne banki muszą podnosić marże.
Nagradzana przez ZBP dziennikarka znów pisze o frankowiczach, tym razem w kontekście „darmowych kredytów”
2 stycznia na łamach portalu Wyborcza.biz ukazał się tekst autorstwa Anny Popiołek, dziennikarki, która w 2018 roku została odznaczona przez Związek Banków Polskich, za, jak to określono w komunikacie medialnym, „konsekwencję we wnikliwym prezentowaniu trudnej tematyki bankowo-finansowej w sposób przejrzysty, rzetelny i wiarygodny ”. Już sam tytuł tekstu oddaje nastawienie autorki do sytuacji orzeczniczej w sporach o kredyty frankowe – wg redaktor Popiołek „frankowicze walczą teraz o darmowe mieszkanie, bo darmowy kredyt już mają”.
Opatrzenie tekstu takim tytułem samo w sobie jest już krzywdzące dla kredytobiorców, ponieważ insynuuje, że dostali coś bezpłatnie, za nic, a nie jest to przecież prawdą. Nikt nie dał frankowiczom żadnego darmowego kredytu – takie stwierdzenie sugeruje, że czas stracony w sądach, lata stresu, bezsennych nocy i wyrzeczeń są nic niewarte. Po prostu frankowicze, w odróżnieniu od innych grup kredytobiorców, mieli szczęście i nie muszą płacić bankom odsetek oraz prowizji. A jak do tego doszło? Któż by się tym przejmował…
O ile tytuł powoduje, że przeciętny klient polskiej bankowości zaczyna z niechęcią patrzeć na samych frankowiczów, o tyle już lead artykułu stanowi atak wymierzony w stronę kancelarii, które, według autorki, grają na przedawnienie roszczeń banków. Dziennikarka wyjaśnia, że w przypadku przedawnienia bankowych roszczeń, frankowicze nie będą musieli oddawać kapitału kredytu i dostaną „10-proc. odsetki, liczone od kwoty kredytu.” Dalsza część tekstu jest za paywallem, ale pokrótce się do niej odniesiemy.
Redaktor Popiołek wyjaśnia, na czym polegają rozliczenia wg teorii dwóch kondykcji, dając przy tym do zrozumienia, że bank nie może wystąpić z roszczeniem jako pierwszy, musi czekać na ruch kredytobiorcy. Dalej przedstawia spłaszczony obraz problemu, informując czytelników, że teoretycznie wystarczy, aby klient napisał do banku w najprostszy możliwy sposób z prośbą o zwrot świadczenia nienależnego, powołując się przy tym na klauzule niedozwolone zawarte w umowie. Bank w takiej sytuacji powinien ochoczo zgodzić się na zaproponowane rozliczenie, czego oczywiście nie czyni, co powoduje, że spór trafia przed oblicze sądu.
Jak słusznie zauważa dziennikarka Wyborczej, od tego momentu bank ma trzy lata na upomnienie się o zwrot kapitału, tymczasem kredytobiorca może naliczać podmiotowi odsetki ustawowe za opóźnienie. Jest to jedna z nielicznych prawdziwych informacji podanych w komentowanym tekście.
Banki miały wiele okazji, by zabezpieczyć swój interes w relacji z klientem, także na etapie sądowym
Na pewno niejeden nasz Czytelnik, oglądając niskobudżetowy film grozy, z irytacją zastanawiał się, dlaczego bohaterowie tego obrazu decydują się na kuriozalne decyzje, typu samodzielne sprawdzanie źródła podejrzanych dźwięków dochodzących ze strychu, gdy pod ręką jest telefon, z którego można po prostu zadzwonić na policję. Tak samo jest z bankami. W momencie, w którym kredytobiorca zgłasza się do banku ze swoim roszczeniem, bank ma cały katalog możliwości, skutecznie chroniących go przed zagrożeniem, którym w tym przypadku jest przedawnienie roszczenia:
- może uznać roszczenie kredytobiorcy na etapie reklamacji i w przypadku, gdy ten spłacił kapitał kredytu, po prostu zamknąć jego umowę, nim sprawa trafi do sądu
- może zaproponować ugodę, która uwzględni obowiązujące realia orzecznicze
- może odpowiedzieć na pozew kredytobiorcy pismem, w którym podniesiony zostanie zarzut potrącenia, skutecznie zabezpieczający roszczenie banku przed przedawnieniem
- może złożyć powództwo wzajemne, dochodząc swoich roszczeń z tytułu użyczonego klientowi kapitału.
Mało tego, gdy sprawa już trafiła do sądu, a bank doszedł do wniosku, że jego szanse na wygraną są bliskie zeru, wciąż może porozumieć się z kredytobiorcą. Gdyby dziennikarka Wyborczej była uprzejma zapoznać się z perspektywą kredytobiorców i na przykład przeanalizowała ich wpisy w social mediach, szybko dotarłaby do licznych przypadków spraw, w których kredytobiorcy jest wszystko jedno, czy nieważna umowa zostanie rozliczona według teorii dwóch kondykcji, czy zgodnie z saldem.
Gdy rozprawa została wyznaczona na za dwa lata, kredytobiorca wcale nie skacze do góry na myśl o odsetkach za opóźnienie, które sąd zasądzi na jego rzecz od banku. Jesteśmy absolutnie przekonani, że zdecydowana większość kredytobiorców odpuściłaby temat odsetek, gdyby bank zgłosił się do nich na relatywnie wczesnym etapie procesu i po ludzku postanowił się dogadać. Tak się niestety nie dzieje.
Jeśli bank zgłasza się do kredytobiorcy z jakąś propozycją na etapie sądu I instancji, zwykle nie przystaje ona kompletnie do tego, co adresat tej oferty ma do uzyskania w sądzie. Trudno się dziwić frankowiczowi, którego bank próbuje namówić na umorzenie zaledwie części zadłużenia, że po latach procesowania się patrzy z satysfakcją, jak sąd nakazuje niefrasobliwej spółce zapłacenie dziesiątek tysięcy złotych tytułem odsetek za opóźnienie.
Kompromitacja ulubienicy ZBP: dziennikarka Wyborczej nie wie, jak liczone są odsetki ustawowe za opóźnienie
O odsetkach w kontekście spraw frankowych napisano w ostatnim czasie naprawdę wiele. Niekwestionowaną „ekspertką” w tej dziedzinie jest pełnomocniczka ministra sprawiedliwości ds. ochrony praw konsumenta, dr Aneta Wiewiórowska-Domagalska, która od miesięcy roztacza przed opinią publiczną wizję gigantycznych dodatkowych korzyści, uzyskiwanych przez frankowiczów obok unieważnienia umowy. W bardzo podobne tony uderza red. Popiołek, która, zupełnie jak pełnomocniczka ministra, nie rozumie sposobu naliczania tych odsetek na rzecz frankowiczów.
Znów czytamy zatem o tym, że po 5-6 latach procesu odsetki wyniosłyby tyle, co kwota kredytu. Kwintesencją logiki uprawianej przez autorkę tekstu jest to zdanie:
„Kiedy odsetki naliczane są za kilka lat, działa magia procentu składanego – kolejne odsetki są naliczane od coraz wyższych kwot.”
W taki oto sposób dziennikarka jednego z najbardziej opiniotwórczych mediów w kraju, w dodatku od lat specjalizująca się w tematyce produktów finansowych, za co dostała nawet nagrodę od ZBP, podaje opinii publicznej oczywistą nieprawdę. W przypadku odsetek ustawowych za opóźnienie nie mamy do czynienia z procentem składanym – odsetki cały czas są liczone od kwoty wierzytelności, co nie jest żadną wiedzą tajemną. W internecie znajdziemy kalkulatory takich odsetek, podające precyzyjnie wartość należną wierzycielowi, z uwzględnieniem poszczególnych stawek.
Postanowiliśmy skorzystać z jednego z nich, celem sprawdzenia, ile faktycznie wyniosą odsetki za pięcioletni proces, w przypadku kredytobiorcy, który otrzymał od banku dokładnie tyle, ile mu spłacił w ratach, czyli 270 tys. zł (taki przykład został podany w tekście Wyborczej). Gdyby więc kredytobiorca wystąpił z roszczeniem na początku stycznia 2021 roku, a bank wypłacił mu należne środki w styczniu 2026 roku, odsetki ustawowe za opóźnienie wyniosłyby nieco ponad 136 tys. zł. Nie 270 tys. zł i na pewno nie 540 tys. zł, jak w pewnym momencie sugeruje to red. Popiołek (najwyraźniej nie do końca rozumiejąca, czym jest kwota kredytu).
Nie tylko frankowicze mają dostęp do 9,5 proc. odsetek za opóźnienie – dlaczego tylko oni stają się więc obiektem hejtu?
Skoro już wyjaśniliśmy sobie, że w przypadku odsetek ustawowych za opóźnienie nie występuje procent składany, przejdźmy do kolejnej kwestii, czyli tego, dlaczego odsetki wynoszą obecnie 9,5 proc. Otóż jest to konsekwencja konstrukcji tych odsetek, które są naliczane według bardzo prostego wzoru – ich aktualną wartość poznajemy, dodając do siebie obowiązującą stopę referencyjną i 5,5 pp. Jeśli więc stopa referencyjna wynosi 4 proc., to równanie staje się proste.
Cel naliczania tak wysokich odsetek jest jasny: z jednej strony mają one zachęcać dłużnika do jak najszybszego uregulowania zobowiązań, z drugiej stanowić rekompensatę dla wierzyciela za zwłokę w płatności. Co ważne, odsetki w tej wysokości naliczane są nie tylko na rzecz frankowiczów – z identycznego przywileju korzystają również inni wierzyciele zmagający się z opóźnieniami w płatnościach. Gdyby nie one, dłużnik mógłby zwlekać z płatnością przez wiele lat, bez większych konsekwencji – kwota, którą ostatecznie przekazałby wierzycielowi, byłaby wówczas warta dużo mniej niż w chwili, w której wierzytelność stała się wymagalna.
W odniesieniu do odsetek ustawowych za opóźnienie zauważyć należy, że banki mają pełną wiedzę, pozwalającą im na podjęcie najbardziej racjonalnej decyzji, służącej minimalizacji strat. Wiedzą na przykład:
- ile wynoszą odsetki i od kiedy są naliczane
- jak wyglądają statystyki przegranych w przypadku danego wzorca umownego
- jak działa potrącenie i powództwo wzajemne
- jakie mogą być potencjalne konsekwencje zwlekania z roszczeniem.
W tym miejscu trzeba zaznaczyć, że eksperci prawni reprezentujący stronę konsumencką od lat przestrzegali banki przed strategią polegającą na negowaniu roszczenia klienta o nieważność i zapłatę, przy jednoczesnym domaganiu się zwrotu kapitału w osobnym postępowaniu. Prawnicy zwracali uwagę, że ta strategia może się na sektorze zemścić – wystarczy, by sądy masowo zaczęły dochodzić do wniosku, że roszczenie banku dotyczące zwrotu kapitału nie mogło stać się wymagalne z uwagi na utrzymywanie w procesie z powództwa kredytobiorcy, iż umowa jest ważna i nie zawiera klauzul o charakterze abuzywnym.
Część środowiska dziennikarskiego wręcz podejmuje próbę usprawiedliwiania i racjonalizowania takich działań ze strony banków, sugerując opinii publicznej, że te podmioty nie miały innego wyjścia. Niestety nie jesteśmy w stanie się z tym zgodzić. O ile nieuznawanie roszczeń kredytobiorców mogło mieć jakikolwiek sens przed 2020 rokiem, o tyle już w ostatnich latach banki powinny być już świadome potencjalnych następstw swojego braku konsekwencji.
To, że kancelarie frankowe bezlitośnie wytykają bankom ich potknięcia procesowe, nie jest elementem żadnej gry, a czymś zupełnie naturalnym, wynikającym z tego, że te podmioty po prostu dbają o interes swoich klientów. Czyli robią to, czego nie potrafili zrobić pełnomocnicy prawni reprezentujący instytucje finansowe, którzy doradzili bankom mnożenie procesów w miejsce skorzystania z zarzutu potrącenia. Czy wobec rażących zaniedbań banku, który wybrał skrajnie ryzykowną strategię i w efekcie sam siebie pozbawił możliwości dochodzenia roszczeń z tytułu wypłaconego kapitału, kancelarie frankowe powinny po dżentelmeńsku udać, że nie zauważyły tych uchybień i pozwolić, by kredytobiorcy nie skorzystali z przysługujących im praw?
Frankowicze mają okazać litość bankom, które nie miały wobec nich najmniejszych skrupułów: czy na tym powinna polegać społeczna sprawiedliwość?
Odwróćmy teraz tę sytuację i wyobraźmy sobie, że to bank, wskutek zbyt późnego złożenia pozwu przez klienta, zyskał możliwość niespełnienia jego roszczenia pieniężnego. Czy taka instytucja wspaniałomyślnie odstąpiłaby od swoich praw w imię sprawiedliwości społecznej? Nie słyszeliśmy o podobnym przypadku. Tymczasem od frankowiczów oczekuje się, by zadowolili się tym, co dziś proponuje im sektor bankowy: rozliczeniem według teorii salda, najlepiej bez odsetek za opóźnienie. Sympatyzujące z sektorem media ignorują lub bagatelizują treść dotychczasowych wyroków TSUE, jak również dużej uchwały frankowej podjętej przez pełny skład Izby Cywilnej Sądu Najwyższego, i nawołują do tego, by sądy rozliczały strony nieważnej umowy w ramach jednego procesu. Nie kryją się nawet z tym, że intencją wprowadzenia takiego rozwiązania byłaby ochrona banków przed upływem terminu przedawnienia.
Bardzo uderza w tym wszystkim rażący brak dziennikarskiego obiektywizmu, a także jakiejkolwiek chęci przedstawienia argumentów strony przeciwnej. Społeczeństwu serwowane są stronnicze opinie, nieuwzględniające najważniejszego, czyli tego, kto odpowiada za wprowadzenie wadliwych umów do obrotu prawnego (mimo że już w dacie zawierania tych umów istniały poważne wątpliwości co do generowanego przez nie ryzyka), kto latami bronił się przed jakimkolwiek rozwiązaniem ugodowym, a także tego, kto bezpośrednio odpowiada za zakorkowanie wymiaru sprawiedliwości tysiącami spraw frankowych. W każdym przypadku odpowiedź brzmi: banki.
Gdyby te podmioty lata temu pozwoliły stronie rządowej na rozwiązanie sporu przy pomocy ustawy, sądy uniknęłyby frankowego kryzysu, zaś banki rozliczeń zgodnych z teorią dwóch kondykcji i płacenia konsumentom odsetek za opóźnienie, o widmie przedawnienia roszczeń nawet nie wspominając.
To bank jest w tym filmie bohaterem podejmującym szereg idiotycznych decyzji, prowadzących go do pewnej zguby. Miał cały szereg okazji, by uciec przed ryzykiem – z żadnej nie skorzystał. Dziś może co najwyżej liczyć, że sądy w wyrozumiały sposób podejdą do jego dotychczasowej strategii, sprowadzającej się do prezentowania dwóch sprzecznych twierdzeń w dwóch odrębnych procesach dotyczących tej samej umowy. Jeśli tak się nie stanie, to sektor może zapomnieć o scenariuszu, w którym zamyka sagę frankową po 2026 roku. Ale czy można o to winić kredytobiorców i ich pełnomocników prawnych? W naszej ocenie – nie.
Konsumenci, po latach upokorzeń, po prostu dochodzą swoich praw, poruszając się w ramach istniejącego systemu. Z kolei ich pełnomocnicy prawni zwyczajnie wykonują swoją pracę, zgodnie z etyką i bez jakiegokolwiek konfliktu z samorządem zawodowym. Świadczyć mogą o tym między innymi dotychczasowe wypowiedzi Naczelnej Rady Adwokackiej w przedmiocie krytyki, jaka spadła na kancelarie ze strony Ministerstwa Sprawiedliwości.
Czemu (lub komu) służą kłamstwa na temat odsetek ustawowych i zarzutu przedawnienia?
Na koniec chcielibyśmy zauważyć, że na chwilę obecną nic nie wskazuje, aby problem niezasądzania na rzecz banku zwrotu kapitału na skutek przedawnienia roszczeń był masowy. Owszem, takie przypadki się zdarzają, mają jednak, przynajmniej na razie, charakter incydentalny. Można wręcz odnieść wrażenie, że zaprzyjaźnione z bankami redakcje wyolbrzymiają znaczenie tego zjawiska, chociażby po to, by podzielić środowisko konsumentów i zbuntować jednych kredytobiorców przeciwko drugim.
Dodatkowo, rozpowszechniając kłamliwą narrację w przedmiocie odsetek ustawowych za opóźnienie i skali sankcji, którym poddawane są banki, przedstawiciele mediów prowadzą do erozji społecznego zaufania zarówno do profesjonalnych pełnomocników prawnych, jak i do całego wymiaru sprawiedliwości. Odbiorcy takich tekstów wyrabiają sobie na ich podstawie fałszywy obraz prawa konsumenckiego – prezentowana jest im karykatura tego prawa, w domyśle służąca nie uczciwym ludziom, a cwaniakom, korzystającym z okazji do wydrenowania kieszeni biednych banków.
Czytelnik Wyborczej, zapoznawszy się z poglądem dziennikarki nagrodzonej przez ZBP, może wręcz zacząć kojarzyć korzystanie z ochrony konsumenckiej z czymś niegodziwym, szkodliwym społecznie. W ten sposób banki wychowują sobie nowe pokolenie klientów, pokornie spłacających zaciągnięte kredyty, bez względu na stopień abuzywności warunków umownych. Jeśli tacy kredytobiorcy zaczną dominować na rynku, to banki nie będą już musiały obawiać się TSUE, UOKiK czy sądów powszechnych.
PODSUMOWANIE:
Najnowszy tekst Wyborczej poświęcony problematyce spraw frankowych pokazuje wyraźnie, jakiego przekazu należy się spodziewać po bankach w nadchodzących miesiącach. Sektor, podobnie jak w ubiegłym kwartale, będzie próbował wytłumaczyć opinii publicznej, że umowy frankowe powinny być rozliczane zgodnie z teorią salda, czyli wbrew uchwale frankowej i dotychczasowemu orzecznictwu unijnemu. Dodatkowo podejmą walkę o skasowanie odsetek ustawowych za opóźnienie oraz dążyć będą do ochrony swoich roszczeń przed przedawnieniem.
Równolegle banki uderzać będą w kancelarie frankowe, a celem tego działania będzie zniszczenie zaufania konsumentów do profesjonalnych pełnomocników prawnych. Tu nie chodzi już tylko o spory na tle kredytów w CHF. Banki wiedzą, że te same podmioty odpowiadają za podważanie umów złotowych, a ponieważ nie do końca wierzą, że TSUE podzieli argumentację sektora co do wskaźnika WIBOR i klauzul zmiennego oprocentowania, na wszelki wypadek wolą, by konsumenci kontestowali wszystko, co usłyszą od wyspecjalizowanych prawników na temat możliwości podważenia hipotek w PLN.



