PLN - Polski złoty
CHF
4,52
czwartek, 8 stycznia, 2026

Frankowicze i WIBOR kierują polskie sądy do TSUE. Bez tych wyroków z Luksemburga zapanuje totalny chaos!

Pod koniec 2025 roku media poinformowały, że Polska stała się niekwestionowanym liderem w wysyłaniu pytań prejudycjalnych do TSUE: jak się okazuje, w zaledwie pięć lat krajowe sądy skierowały do Luksemburga aż 52 wnioski odnoszące się do dyrektywy 93/13, czyli dotyczące nieuczciwych warunków w umowach z konsumentami. Co ciekawe, narracja zbudowana wokół tej informacji jest dość pesymistyczna: wskazuje, że sędziowie nie potrafią rozpatrywać sporów z tej kategorii na bazie obowiązującego prawa i potrzebują zewnętrznych konsultacji w kwestii niektórych zagadnień. Zdaniem krytyków tego podejścia, prowadzi to do nadmiernej ochrony konsumenta (kredytobiorcy, w tym przede wszystkim frankowicze, masowo wygrywają procesy inicjowane przeciwko bankom), która wpływa negatywnie na krajowy rynek finansowy i w konsekwencji szkodzi… właśnie samej stronie konsumenckiej, która musi płacić więcej za usługi bankowe. Niewiele mówi się natomiast o przyczynach, dla których polscy sędziowie masowo zwracają się do Trybunału z kolejnymi, często niezwykle podobnymi do siebie kwestiami. Czy rzeczywiście jest tak, że krajowi sędziowie są niewystarczająco kompetentni lub po prostu zbyt leniwi, by samodzielnie decydować o losach umów zaskarżanych przez konsumentów? A może przyczyną asekuracyjnej postawy sędziów jest… skala naruszeń w umowach kredytowych i… polityczne zamieszanie wokół krajowego wymiaru sprawiedliwości?

Z tekstu dowiesz się:

  • O co polscy sędziowie pytają Trybunał Sprawiedliwości UE i jak otrzymywane odpowiedzi przekładają się w praktyce na skuteczność ochrony konsumenta
  • Dlaczego sędziowie niechętnie orzekają w sprawach o WIBOR i SKD bez zasięgnięcia opinii Trybunału
  • Jak specyfika klauzul umownych powszechnie stosowanych przez banki wpływa na potrzebę kierowania kolejnych zagadnień do Trybunału
  • Kto może skorzystać na wysokiej częstotliwości wysyłania wniosków prejudycjalnych do TSUE, a dla kogo taka sytuacja to poważne zagrożenie?

Krajowe sądy zostały zalane pozwami przeciwko bankom. Pomocy w sprostaniu nowym wyzwaniom szukają w TSUE

W ostatnich latach słowo „praworządność” było w Polsce odmieniane przez wszystkie przypadki, głównie w kontekście sporów ideologicznych i doktrynalnych, toczących się pomiędzy silnie spolaryzowanymi środowiskami politycznymi. Ścierano się między innymi o kwestie związane z Krajową Radą Sądownictwa i funkcjonowaniem wymiaru sprawiedliwości. I choć z medialnej perspektywy był to niezwykle burzliwy okres, sędziowie, z jednej strony atakowani, z innej bronieni (a strony tego ataku zmieniały się w zależności od specyfiki danego przypadku), nie mogli sobie pozwolić na dekoncentrację.

Zaryzykujemy stwierdzenie, że lata 2020-2025 były okresem największych wyzwań dla krajowego wymiaru sprawiedliwości, ze szczególnym uwzględnieniem wydziałów cywilnych. To właśnie na te lata przypadł szczyt ogólnopolskiego sporu kredytobiorców z bankami, którego osią były hipoteki indeksowane i denominowane kursem franka szwajcarskiego.

W tym krótkim z perspektywy całego systemu czasie do sądów spłynęło kilkaset tysięcy spraw, w których kredytobiorcy domagali się unieważnienia stosunku łączącego ich z bankiem, argumentując swoje roszczenia obecnością w umowach tzw. klauzul abuzywnych, czyli warunków o charakterze nieuczciwym. Wokół tych sporów od początku panowała niezwykle gęsta atmosfera – środowisko sędziowskie podzieliło się na zwolenników tezy, wg której umowy istotnie zawierają błędy, i na tych, którzy uznali, że w kwestionowanych przez stronę konsumencką warunkach nie ma nic abuzywnego.

Wśród tych pierwszych szybko pojawiły się podgrupy: jedni uważali, że umowy wystarczy odfrankowić, czyli skonwertować na złotówki przy zachowaniu korzystniejszej dla konsumenta stawki LIBOR CHF (później SARON), drudzy z kolei wychodzili z założenia, że takich kontraktów nie można utrzymać w mocy po wykreśleniu samej tylko klauzuli abuzywnej. Wszak w efekcie powstałaby zupełnie inna umowa, taka, której strony zapewne nie chciałyby w ogóle podpisać. Była jeszcze trzecia podgrupa, według której część z kwestionowanych umów dałoby się utrzymać w mocy poprzez ich naprawienie: chodziło o to, by umowy były realizowane nadal bez daleko idących zmian, w oparciu o średni kurs NBP.

W konsekwencji w sądach zapadały skrajnie różne wyroki, co powodowało, że orzecznictwo stało się dla konsumenta całkowicie nieprzewidywalne. Dochodziło do absurdów: w tym samym sądzie, w odniesieniu do identycznego wzorca umownego, mogły zapaść dwa wzajemnie się wykluczające rozstrzygnięcia. Trudno w takiej sytuacji mówić o sprawnie działającym wymiarze sprawiedliwości, a jeśli weźmiemy przy tym pod uwagę, jak w tym czasie zachowywały się same banki, koncentrujące swoje siły na zatrzymaniu jakichkolwiek działań obmierzonych na skonwertowanie frankowych kredytów na złotówki, szybko zrozumiemy, że sądy nie miały innego wyjścia. Musiały zacząć korzystać z przysługującego im prawa do odesłania niektórych zagadnień do TSUE.

Ewolucja orzecznicza na przykładzie franków: jak TSUE utorował frankowiczom drogę do sprawiedliwości

Pierwszy wyrok TSUE w polskiej sprawie dotyczącej abuzywnego kredytu frankowego zapadł w październiku 2019 roku – był korzystny dla kredytobiorców, ale nie rozwiał wszystkich wątpliwości. Sądy dowiedziały się, jakie mogą być konsekwencje uznania klauzuli umownej za abuzywną, jednak wciąż nie wiadomo było, jak należałoby rozliczać takie umowy. Na tym właśnie tle powstała potrzeba zadania kolejnych pytań do TSUE.

Swoją cegiełkę do lawiny wniosków prejudycjalnych dołożyły zresztą same banki, które właściwie po każdym kolejnym wyroku, wzmacniającym ochronę polskiego konsumenta, mnożyły swoje własne teorie i hipotezy, zniekształcając obraz tego, co miał sądowi do przekazania Trybunał. Tak było między innymi w kwestii wynagrodzenia za bezumowne korzystanie z kapitału czy waloryzacji kapitału – sektor bankowy próbował w ten sposób przeforsować pogląd, wg którego nawet po unieważnieniu umowy należy mu się jakaś forma rekompensaty za to, że kredytobiorca posłużył się jego środkami do zakupu nieruchomości.

Choć od zadania pierwszych frankowych pytań prejudycjalnych minęło już 8 lat, wciąż pozostają kwestie wymagające doprecyzowania, o czym świadczą kolejne wnioski spływające z Polski do TSUE. Obecnie krajowi sędziowie koncentrują się w swoich pytaniach na kwestiach związanych z odsetkami ustawowymi za opóźnienie (banki chcą zablokować konsumentom możliwość dochodzenia tych odsetek od pełnych kwot wierzytelności, obejmujących sumę spłaconych rat kredytu), a także przedawnieniem roszczeń przedsiębiorcy (w tym przypadku sądy nabierają wątpliwości, czy podmiot, który upomniał się o zwrot kapitału w ponad 3 lata od otrzymania reklamacji, może jeszcze skutecznie dochodzić swoich roszczeń na drodze prawnej).

Co sprawy o SKD i WIBOR mają wspólnego z tymi frankowymi?

Równolegle banki toczą z klientami wojnę na kolejnych dwóch frontach, co również nie pozostaje bez wpływu na liczbę pytań prejudycjalnych spływających do TSUE. Chodzi o spory sądowe toczące się w odniesieniu do sankcji kredytu darmowego (kredytobiorcy, powołując się na art. 45 ustawy o kredycie konsumenckim, dążą do zwolnienia ich z płacenia na rzecz banku odsetek, opłat i prowizji, argumentując to błędami lub brakami w umowie) oraz powiązane ze wskaźnikiem WIBOR i opartymi o niego klauzulami zmiennego oprocentowania.

Sprawy te mają wiele wspólnego z tymi frankowymi, i nie chodzi jedynie o stopień skomplikowania mechanizmów finansowych: znów przeciwnikiem procesowym konsumentów są banki, starające się przekonać do swojej perspektywy nie tylko media, ale również środowisko rządowe, co nie pozostaje bez wpływu na wymiar sprawiedliwości. Tym razem jednak banki przyjęły odmienne podejście: podczas gdy w przypadku franków, w fazie sporu obejmującej lata 2015-2019, wszelkimi dostępnymi sposobami dążyły do wstrzymania prac nad ustawą frankową, w kwestii SKD i WIBORu sektor od samego początku liczy na polityczne wsparcie.

Sektorowi szczególnie zależy na wprowadzeniu miarkowania sankcji kredytu darmowego i uzależnieniu jej od szkody wywołanej po stronie klienta przez niedopełnienie obowiązków informacyjnych. Z kolei w odniesieniu do WIBORu banki liczą, że otrzymają od organów publicznych, takich jak KNF i UOKiK, jasne wytyczne co do modelowego wzorca umownego, który chroniłby kredytodawców przed ewentualnymi pozwami sądowymi w przyszłości.

Dla sądów intensywne wysiłki banków nie mają oczywiście większego znaczenia: gdy otrzymują kolejne powództwo przeciwko bankowi, dotyczące nieważności hipoteki frankowej, SKD lub klauzul „wiborowych”, badają okoliczności związane z tą umową występujące na dzień jej zawarcia. Ponieważ kredyt, czy to hipoteczny, czy gotówkowy, jest produktem masowym, banki w kontakcie z klientem bazują na tych samych wzorcach i bliźniaczych procedurach. Jeśli więc kredytobiorca w mieście X kwestionuje umowę kredytową Y, a sąd uznaje jego roszczenie w części lub w całości za zasadne, istnieje prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że podobnych umów, zagrożonych takim scenariuszem, są w Polsce tysiące.

Co więcej, podobne klauzule i praktyki informacyjne występują w sektorze niezależnie od banku. W przypadku umów frankowych oberwało się właściwie wszystkim podmiotom oferującym takie produkty (rykoszetem dostały te, które przejęły portfele frankowe po wychodzących z Polski instytucjach). W przypadku pozwów o SKD i WIBOR prym wiodą największe giełdowe instytucje, którym z pewnością nie brak środków na najlepszych prawników i które, teoretycznie, nie powinny mieć absolutnie żadnych problemów ze skonstruowaniem bezpiecznej dla klienta umowy. Teoria niestety rozmija się z praktyką, o czym świadczą statystyki, do których przejdziemy za chwilę. Wpierw odpowiedzmy sobie na jedno pytanie: dlaczego sędziowie kierują sprawy do TSUE, zamiast rozsądzać je na miejscu, bez zewnętrznych konsultacji.

Chodzi przede wszystkim o to, że powodowie w tych sprawach powołują się w swojej argumentacji na ochronę zapewnianą im przez unijne dyrektywy, w tym dyrektywę 93/13, chroniącą konsumenta przed skutkami stosowania przez przedsiębiorcę nieuczciwych warunków umownych. Sąd, chcąc się upewnić, czy tok myślenia pełnomocnika powoda jest prawidłowy, wysyła więc pytanie do instytucji, która stoi na straży jednolitej wykładni i stosowania prawa europejskiego w praktyce. Celem sędziego zadającego pytanie nie jest więc „zepchnięcie” problemu na inny organ, tylko wydanie ostatecznego werdyktu w spornej sprawie, zgodnie ze sztuką, w oparciu o prawidłową interpretację prawa UE i w poszanowaniu standardów ochrony konsumenta.

Czy pytania prejudycjalne kierowane do TSUE mogą być wynikiem zewnętrznych wpływów?

W dyskusji na temat ochrony interesów konsumenta nie można pominąć głosów krytycznych, wg których pytania prejudycjalne zadawane Trybunałowi są tendencyjne, czy też że zawierają gotowe tezy podsuwane przez kancelarie prawne reprezentujące stronę konsumencką. Trudno jednak traktować takie argumenty poważnie, z dwóch przyczyn. Po pierwsze, sędziowie nie są laikami, którymi może manipulować ten czy inny prawnik – zadanie pytań Trybunałowi jest autonomiczną decyzją orzecznika i nie spotkają go żadne konsekwencje w przypadku wydania wyroku bez występowania o taką dodatkową interpretację.

Po drugie, jeśli istotnie sędziowie byliby tacy podatni na wpływy, to dlaczego mieliby reagować wyłącznie na podszepty pełnomocników kredytobiorców? Trudno przypuszczać, by w takiej sytuacji prawnicy banków postawili na grę fair play i po prostu odpuścili forsowanie takich pytań, które mogłyby przynieść pożytek reprezentowanym przez nie instytucjom. Powstaje jednak wątpliwość, czy w ogóle da się sformułować pytanie prejudycjalne z zakresu ochrony praw konsumenta tak, by odpowiedź, która nadejdzie z Trybunału, była korzystna dla banku.

Dotychczasowe wyroki TSUE wskazują bowiem na daleko idące zaniedbania przedsiębiorców w zakresie jasnego, zrozumiałego informowania konsumentów o ryzykach, a także odpowiedniego wyważenia tego ryzyka po obu stronach kontraktu. Jest to naszym zdaniem solidne potwierdzenie tego, że kolejne pytania krajowych sądów sygnalizują problem na rynku, a nie, że są narzędziem marketingowym w rękach kancelarii.

Każdego roku w TSUE ląduje kilkanaście spraw prejudycjalnych z Polski. Prym wiodą wnioski o wykładnię dyrektywy 93/13

Krajowe media doskonale wiedzą, że temat wadliwych umów kredytowych rozgrzewa opinię publiczną do czerwoności, dlatego niezwykle chętnie wracają do niego, ilekroć w sądzie zapada wyrok niekorzystny dla banku. Dziś robią to głównie w kontekście umów złotowych, tych hipotecznych, i tych gotówkowych, bo to, że te frankowe są wadliwe i zasługują na unieważnienie, na nikim nie robi już żadnego wrażenia. Efekt? Choć w sprawach „o WIBOR” nie zapadł jak dotąd ani jeden prawomocny wyrok, który byłby korzystny dla konsumenta (a spraw prawomocnie zakończonych mamy już przynajmniej 137), największe portale internetowe bardzo chętnie rozpisują się o orzeczeniach sądów I instancji, w przypadku których doszło do eliminacji wskaźnika referencyjnego z umowy lub do unieważnienia całej takiej umowy.

Medialne doniesienia powodują, że kredytobiorcy, mimo nieukształtowanej linii orzeczniczej, coraz śmielej ślą pozwy do sądów: na koniec III kwartału br. było w nich już ponad 5 tys. spraw, w których osią sporu były klauzule zmiennego oprocentowania. 12 lutego 2026 roku TSUE wyda pierwszy wyrok w odniesieniu do WIBORu (sprawa C-471/24), a w kolejce do rozpatrzenia czekają przynajmniej trzy następne sprawy. Z danych opublikowanych niedawno przez money.pl wynika, że Polska jest absolutnym liderem spraw prejudycjalnych kierowanych do TSUE, zarówno w odniesieniu do dyrektywy 93/13 (regulującej kwestie związane z warunkami nieuczciwymi w umowach z konsumentami), jak i dyrektywy 2008/48/WE (porządkującej zagadnienia związane z kredytami konsumenckimi).

Łącznie w latach 2020-2025 zarejestrowano w TSUE 52 polskie sprawy nawiązujące do pierwszej z tych dyrektyw i 13 odwołujących się do drugiej. Dla zobrazowania skali dominacji Polski w europejskim zestawieniu warto dodać, że na drugim miejscu uplasowała się Hiszpania, która wysłała do Luksemburga 20 spraw powiązanych z dyrektywą 93/13 i 2 dotyczące dyrektywy 2008/48/WE. Z kolei Bułgaria ma na koncie kolejno 15 i 9 takich spraw. Wracając do Polski, należy podkreślić, że do TSUE wpłynął dodatkowo jeden wniosek prejudycjalny dotyczący dyrektywy 2014/17/UE w sprawie konsumenckich umów o kredyt związanych z nieruchomościami mieszkalnymi. Tym samym Polska jest jednym z czterech państw, które w minionych pięciu latach kierowały pytania o kredyty hipoteczne do unijnego Trybunału. Tutaj nasz kraj nie jest już liderem: po dwie takie sprawy wysłały do TSUE Niemcy i Hiszpania.

Z czego wynika negatywna reakcja na liczbę pytań prejudycjalnych z Polski?

Analiza komentarzy eksperckich recenzujących powyższe statystyki wskazuje na duży niepokój wywoływany aktywnością polskich sędziów. Trudno nie łączyć nastrojów panujących w środowisku krytyków z treścią wyroków, które TSUE dostarcza naszym sądom. Zdecydowana większość ma negatywny wydźwięk dla sektora bankowego: okazuje się, że banki latami tworzyły umowy niespełniające europejskich standardów w zakresie obowiązków informacyjnych i równowagi stron kontraktowych. Dotyczy to przede wszystkim kredytów frankowych, ale piszemy tak tylko z uwagi na liczbę wyroków wydanych w nawiązaniu do sporów z tej kategorii. Trybunał Sprawiedliwości UE dopiero zaczyna się przyglądać temu, jak funkcjonuje polski rynek hipotek złotowych i kredytów gotówkowych, ale banki już dziś wiedzą, że i tu może dojść do materializacji ryzyka, na wzór franków.

Pojawia się zatem silna presja na to, by sądy przestały zadawać kolejne pytania Trybunałowi i rozpoczęły orzekanie w oparciu o krajowe prawo. Wszak polskie przepisy można zmienić, dostosować, w taki sposób, by ich egzekwowanie nie generowało po stronie sektora bankowego większej straty. Zdaje się, że korzystny dla banków pogląd zaczynają podzielać politycy obozu rządzącego, o czym świadczyć może między innymi negatywna dla konsumentów opinia wysłana do TSUE w sprawie C-471/24 (dotyczącej klauzul zmiennego oprocentowania). W opinii tej Państwo Polskie opowiedziało się za tym, by krajowe sądy nie badały w ogóle klauzul zmiennego oprocentowania pod kątem ich ewentualnej abuzywności.

Prawdopodobnych przyczyn nie trzeba wcale daleko szukać: rządzący obawiają się sytuacji, w której hipoteki złotowe spotyka podobny los, co te frankowe. Banki najprawdopodobniej nie wytrzymałyby tego ciosu (wciąż dowiązują wielomilionowe rezerwy na ryzyka kredytów frankowych), co mogłoby się skończyć masowymi upadłościami w sektorze. To z kolei wywarłoby skrajnie negatywny wpływ na całą gospodarkę, a ostateczne skutki tego scenariusza trudno tak naprawdę przewidzieć, ponieważ wartość umów podlegających ewentualnemu zakwestionowaniu szacuje się w tym przypadku na ponad 400 mld zł. Dla porównania, według wyliczeń KNF z marca 2021 roku (które, w zetknięciu z obecną linią orzeczniczą są już nieaktualne), masowe unieważnienia frankowych umów, bez prawa banku do wynagrodzenia za korzystanie z kapitału, mogłyby kosztować sektor ponad 100 mld zł.

Skłonność sędziów do kierowania pytań do TSUE a sytuacja w krajowym wymiarze sprawiedliwości – jaka jest korelacja?

W naszej ocenie prawdopodobieństwo, że krajowi sędziowie przestaną kierować do TSUE pytania o WIBOR i SKD jest niewielkie. Odejścia od tej praktyki nie ułatwia postawa strony rządowej, która zapowiada selekcję w środowisku sędziowskim i chce doprowadzić do reformy KRS. Proces przeprowadzania porządków w wymiarze sprawiedliwości odbywa się w bardzo gęstej atmosferze: neosędziowie słyszą negatywne wypowiedzi na swój temat ze strony ministra sprawiedliwości, co może wzmagać ich niepewność o zawodową przyszłość.

Nie da się ukryć, że w wielu wydziałach cywilnych (w tym w warszawskim wydziale frankowym) sędziowie nominowani po 2018 roku stanowią absolutną większość. I tu pojawia się pytanie: co ma zrobić sędzia, na którego biurko trafia sprawa zawierająca roszczenie wykreślenia WIBORu z umowy kredytowej, jeśli argumenty strony powodowej znajdują pokrycie w stanie faktycznym? Bezpieczną opcją wydaje się właśnie zawnioskowanie do Trybunału o wydanie stanowiska w sprawie, które rozmyje odpowiedzialność za ewentualny prokonsumencki wyrok. Brzmi to kuriozalnie, ale niestety, w obecnej sytuacji zdaje się po prostu najlogiczniejszą opcją.

A co, gdyby sędziowie nie skierowali pytań prejudycjalnych do TSUE? Oto możliwe skutki dla sądów, banków i konsumentów

Kolejna kwestia, którą chcielibyśmy poruszyć, jest czysto hipotetyczna. Skoro masowe kierowanie wniosków prejudycjalnych do TSUE ma tak wielu przeciwników, to zastanówmy się, co by było, gdyby sędziowie porzucili to podejście i zaczęli rozpatrywać te sprawy według własnego uznania?

Jak nietrudno się domyślić, wywołałoby to chaos w krajowym orzecznictwie: nie mielibyśmy jednej, spójnej linii w odniesieniu do danej kategorii sporów, przez co kierowanie spraw przeciwko bankom stałoby się dla konsumentów niezwykle niebezpieczne. Znów dochodziłoby do takich absurdów, jak przed 2020 rokiem: wynik sprawy zależałby wyłącznie od perspektywy przyjętej przez sędziego, któremu zostało powierzone jej rozpatrzenie. Mielibyśmy w Polsce sądy, w których dominuje pogląd korzystny dla konsumenta i takie, w których orzecznictwo sprzyja bankom.

Krytycy kancelarii prawnych, którzy zarzucają tym podmiotom kreowanie popytu na pozwy o WIBOR i SKD, mogliby się wówczas bardzo zdziwić. Gdyby w sądzie X ukształtowała się korzystna dla kredytobiorcy linia orzecznicza, jest niemal pewne, że zostałoby to natychmiast wykorzystane przez którąś z kancelarii odszkodowawczych, która w tym konkretnym mieście otworzyłaby spółkę-córkę. Wówczas sprawy „zbierane” z Polski, w których doszło do cesji wierzytelności pomiędzy konsumentem a kancelarią, mogłyby trafiać do sądu przychylnego kredytobiorcom, co prowadziłoby do miejscowego kryzysu o trudnej do wyobrażenia skali.

Bez jednoznacznych wskazówek od TSUE sędziowie, którzy przecież również są odbiorcami mediów, byliby znacznie bardziej podatni na manipulacje. Banki, dysponujące nieograniczonymi budżetami na reklamę i marketing, mogłyby forsować na skalę ogólnopolską przekaz, według którego to ich argumentacja jest słuszna. W takim przypadku sektor podpierałby się zapewne autorytetem wybranych ekspertów prawnych z tytułem profesorskim, co wręcz zmusiłoby sędziów do rozważanie prezentowanych racji.

W efekcie znacznie wzmocniona zostałaby pozycja procesowa banków (które potrafią „krzyczeć” w prasie i telewizji znacznie głośniej niż konsumenci, zasłaniając się przy tym stabilnością rynku finansowego i strasząc społeczeństwo potencjalnymi negatywnymi skutkami swoich przegranych), podczas gdy osłabieniu uległaby pozycja strony konsumenckiej. Kredytobiorcy, mający poważne wątpliwości co do uczciwości banku, baliby się wstępować na drogę sądową, ponieważ mieliby świadomość, że przegrana będzie ich kosztować tysiące złotych. W pewnym sensie ochrona prawna stałaby się towarem reglamentowanym, zależnym od miejsca zamieszkania, a nie od obowiązującej wykładni.

A jak nieskierowanie pytań prejudycjalnych do TSUE przełożyłoby się na procedury banków w relacjach z konsumentami? Cóż, najprawdopodobniej polskie społeczeństwo nie doczekałoby się debaty nad potrzebą wystandaryzowania jednolitego wzorca umownego dla umów kredytów mieszkaniowych. Banki pozostałyby przy dotychczasowych zwyczajach: konstruowały umowy w oparciu o skomplikowany, prawniczy żargon i przekazywały konsumentom lakoniczne, wybiórcze informacje na temat ryzyka. Wątpliwe, by sektor dostrzegł dla siebie szanse w promowaniu produktów na czasowo stałej stopie oprocentowania, a także, by jego przedstawiciele zaczęli w ogóle rozmawiać o możliwości wprowadzenia w przyszłości takich kredytów, które oferowałyby stałe oprocentowanie przez cały okres obowiązywania umowy (a takie pomysły już zaczynają się pojawiać).

Oczywiście frankowicze nie otrzymaliby żadnych propozycji ugodowych, bo bankowcy nie czuliby potrzeby negocjowania ze swoimi klientami. Polski konsument byłby nadal utrzymywany w przekonaniu, że z bankiem po prostu nie da się wygrać w sądzie.

Przeciwnicy wysyłania pytań prejudycjalnych do Trybunału są zwykle przedstawicielami środowiska bankowego lub ich działalność zawodowa jest w jakiś sposób powiązana z tym sektorem. Prócz bankowców, o podejściu krajowych sędziów negatywnie wypowiadają się prawnicy wyspecjalizowani w reprezentowaniu podmiotów gospodarczych w sporach z konsumentami, czyli bezpośrednio zaangażowani w obronę banków przed sądami. Trudno od nich oczekiwać, by w tej sytuacji pochwalali masowe kierowanie wniosków do Trybunału, które bardzo komplikuje im pracę i w dłuższej perspektywie powoduje, że banki w sporach sądowych przechodzą do mało skutecznej defensywy.

Jednostronnie do tej problematyki podchodzi również część środowiska dziennikarskiego – ale i temu nie można się dziwić. Nie jest żadną tajemnicą, że banki są potężnym reklamodawcą, którego nie warto drażnić opiniami sprzecznymi z jego interesem. Stąd możemy natrafić na materiały prezentujące problem WIBORu i SKD, także w kontekście pytań prejudycjalnych, w sposób nieuwzględniający argumentów strony konsumenckiej.

Niezależnie od tego, czy krytyka podejścia krajowych sędziów pochodzi ze strony banków, ekspertów, czy pozornie niezależnych komentatorów, łączy ją jedna wspólna cecha: nie proponuje w miejsce pytań prejudycjalnych jakiejkolwiek sensownej alternatywy, która chroniłaby prawa konsumenta w sposób prawidłowy, nie angażując przy tym TSUE.

Podsumowanie:

Masowe wysyłanie pytań prejudycjalnych do TSUE jest następstwem aktywności kredytobiorców, którzy z ogromną determinacją, przy wsparciu profesjonalnych pełnomocników prawnych, dochodzą swoich roszczeń w sądach. Mało kto jednak zastanawia się, co stoi u podstaw zarówno decyzji kredytobiorców, jak i strategii przyjętej przez krajowych sędziów, którzy zaczęli w ostatnich latach traktować TSUE jak kluczowy organ doradczy w sprawach, w których osią sporu są obowiązki informacyjne banku i ochrona praw konsumenta.

Przyczyn obecnego stanu rzeczy szukać należy w dwóch kwestiach: w niewystarczającej staranności banków w relacjach z konsumentami i w zaniedbaniach organów państwowych, które latami z dużą pobłażliwością patrzyły na praktyki stosowane w sektorze, ignorując przy tym ewentualne ryzyko. O tym, że hipoteki frankowe mogą w przyszłości stać się dla sektora problemem, instytucje odpowiedzialne za nadzór (jak i same banki) wiedziały już na początku XXI wieku, gdy produkty te nie były jeszcze oferowane na masową skalę. Mimo rekomendacji, banki wprowadziły do obrotu ponad 700 tys. takich umów.

Na długo przed faktyczną materializacją ryzyka pewnego, wątpliwości (w tym polityków) wzbudzał również wskaźnik WIBOR. Także i tu obawy zostały zignorowane, nie wprowadzono mechanizmów ograniczających ryzyko występujące po stronie konsumenta ani nie objęto wzmożonym nadzorem administratora wskaźnika, a z nałożeniem na banki obowiązku oferowania hipotek na czasowo stałej stopie zwlekano do II połowy 2021 roku.

Do wystąpienia takiej sytuacji, z jaką mamy do czynienia dzisiaj, potrzebne były zatem błędy systemowe, na które złożyły się opieszałość organów państwa i skłonność banków do nadmiernego ryzyka. Uporządkowanie sytuacji wymaga dziś przede wszystkim sprawnego działania wymiaru sprawiedliwości, a więc jednolitego, przewidywalnego orzecznictwa, dzięki któremu sprawy będą trwały krócej i w wielu przypadkach zakończą się ugodą, niewykluczone, że jeszcze na etapie przedprocesowym. Do tego właśnie niezbędne jest TSUE i jego pogląd, bez którego sądy nie osiągną jednomyślności w tak wielu skomplikowanych, a zarazem powtarzalnych kwestiach.

Szczegółowa wykładnia prawa unijnego niezbędna będzie również w przypadku zmian legislacyjnych dotyczących zagadnień, które są dziś przedmiotem procesów sądowych. Wszak zmiany w krajowych przepisach muszą być spójne z prawem UE, co prowadzi nas do logicznego wniosku: im więcej wiemy o podejściu Trybunału do następstw uznania klauzuli umownej za niedozwoloną, tym łatwiej będzie nam, jako państwu, stworzyć przepisy zgodne z unijnymi dyrektywami.

FrankNews
FrankNews
FrankNews.pl to portal informacyjny poświęcony tematyce rynku kredytowego oraz sporów konsumentów z bankami. Redakcja serwisu od 2014 roku śledzi rozwój orzecznictwa sądowego, zmiany w przepisach prawa oraz zjawiska wpływające na sytuację kredytobiorców w Polsce. Doświadczenia zebrane przy tworzeniu materiałów publikowanych wcześniej w mediach i portalach internetowych stały się podstawą do uruchomienia w 2020 roku serwisu FrankNews.pl — miejsca, w którym informacje dotyczące tej tematyki są gromadzone i prezentowane w formie bieżących wiadomości oraz analiz. Materiały publikowane na FrankNews.pl nie stanowią porady prawnej ani finansowej. Treści odzwierciedlają stanowisko ich autorów i służą przedstawieniu faktów, orzeczeń oraz kontekstu opisywanych wydarzeń. Materiały zamieszczone w serwisie Franknews.pl nie są substytutem dla profesjonalnych porad prawnych. Franknews.pl nie poleca ani nie popiera żadnych konkretnych procedur, opinii lub innych informacji zawartych w serwisie. Zamieszczone materiały są subiektywnymi wypowiedziami autorów.

Related Articles

Najnowsze