Klient polskiej bankowości nie ma łatwego życia: właściwie od początków III RP jest wystawiony na ryzyka związane z nieprzewidywalnymi, abuzywnymi produktami, destabilizującymi jego finansową sytuację. Do tej pory ryzyko tych produktów w największym stopniu zmaterializowało się w przypadku frankowiczów, którzy od ponad dekady walczą o uczciwe rozliczenia z bankami. Przez pewien czas wydawało się, że mogą w swej walce liczyć na wsparcie państwa, ale… no właśnie, wrażenie to było fałszywe, o czym świadczą aktualne poczynania Ministerstwa Sprawiedliwości, reprezentowanego w mediach przez pełnomocniczkę ds. ochrony praw konsumenta. Obecna retoryka rządzących, odnosząca się do procederu frankowego, zdaje się przenosić odpowiedzialność za kryzys w wydziałach cywilnych z banków na… kancelarie frankowe, którym rzekomo chodzi o to, by sprawy sądowe trwały jak najdłużej i nie kończyły się ugodą. Rząd odpycha od siebie w ten sposób krytykę projektu ustawy frankowej, skompromitowanej podczas pierwszego czytania w Sejmie, a także podważa społeczne zaufanie do adwokatów i radców prawnych, bez których pociągnięcie banków do odpowiedzialności nie byłoby możliwe. Czy Polacy mają powody, by obawiać się legislacyjnych zapędów rządzących? Czy w ustawie frankowej naprawdę chodzi o usprawnienie postępowań? A może celem jest… wygaszenie skłonności konsumentów do występowania z roszczeniami przeciwko bankom?
Z tekstu dowiesz się:
- Dlaczego działalność społeczności frankowej, wspieranej przez renomowanych prawników, jest niewygodna dla obecnego obozu rządzącego
- Jakie ryzyka niesie dla rządzących perspektywa pozostawienia spraw frankowych samym sobie
- Dlaczego banki nie krytykują ustawy frankowej, a robią to sami kredytobiorcy, którym ustawa, w teorii, ma ułatwić życie
- W jaki sposób Ministerstwo Sprawiedliwości podkopuje zaufanie Polaków do specjalistów działających na rynku usług prawnych
- Co ustawa frankowa ma wspólnego z postępowaniami sądowymi o WIBOR i SKD, i dlaczego dla rządu ważne jest, by tych procesów było jak najmniej.
Ministerstwo Sprawiedliwości odwraca się od poszkodowanych kredytobiorców i zaczyna mówić głosem banków – z czego wynika ta zmiana?
Sierpień 2015 roku: senacka komisja finansów pracuje nad ustawą o szczególnych zasadach restrukturyzacji walutowych kredytów mieszkaniowych. Zgodnie z jej rekomendacją, koszt konwersji kredytów z franka szwajcarskiego na złotówki należy rozdzielić po połowie pomiędzy samych kredytobiorców a banki. W trakcie prac w Sejmie posłowie przyjmują poprawkę do projektu, zakładającą, że kosztem restrukturyzacji w 90 procentach obciążone zostaną banki. Rynek błyskawicznie reaguje na wprowadzoną zmianę: akcje banków tracą od kilku do ponad dwudziestu procent.
Sami akcjonariusze nie kryją wzburzenia i piszą do władz w intencji zablokowania zmian legislacyjnych. W ich ocenie wprowadzenie ustawy będzie równoznaczne ze złamaniem umów międzynarodowych i pociągnie za sobą walkę sektora o rekompensaty od państwa. W mediach w obronie sektora wypowiada się młoda, ambitna prawniczka, Anna Cudna-Wagner (prywatnie żona warszawskiego sędziego, którego wydział będzie w przyszłości na masową skalę rozpatrywał sprawy frankowiczów przeciwko bankom). Daje opinii publicznej do zrozumienia, że stanowiska banków nie należy ignorować – instytucje te mogą mieć podstawy do żądania odszkodowań. Jednocześnie nie znajduje podstaw, dla których frankowicze mogliby kwestionować umowy frankowe w sądach – wszak kredyty indeksowane i denominowane do waluty obcej zostały wymienione w art. 69 ustawy Prawo Bankowe.
10 lat później ta sama prawniczka, wespół z profesorem Romanowskim, będzie bronić interesów sektora bankowego w głośnym postępowaniu przed TSUE, dotyczącym możliwości kwestionowania klauzul zmiennego oprocentowania w umowach kredytów złotowych. Cudna-Wagner dekadę wcześniej mocno się pomyliła co do perspektyw frankowiczów na sukces w postępowaniach sądowych. Dziś z podobnym optymizmem podchodzi do szans sektora bankowego na obalenie argumentacji strony konsumenckiej. Czy i tym razem jej tok myślenia nie znajdzie zwolenników w unijnym wymiarze sprawiedliwości?
Trudno powiedzieć. Złotówkowicze są w zupełnie innej sytuacji niż ta, w której znajdowali się 10 lat temu frankowicze. I nie chodzi wcale o to, że ich argumenty są słabsze czy pozbawione solidnych podstaw. Różnica polega przede wszystkim na podejściu polskich władz do problemu hipotek złotowych. Rządzący mają świadomość, jaki skutek wywołało odstąpienie od systemowego rozwiązania kwestii kredytów frankowych i pozostawienie tych spraw w rękach krajowych sądów, masowo wysyłających pytania prejudycjalne do TSUE. I nie chcą drugi raz popełniać tego samego błędu.
Złotówkowicze są dla banków groźniejsi niż frankowicze. Skala ich roszczeń mogłaby doprowadzić do załamania systemu finansowego
Do tej pory banki odłożyły na rezerwy frankowe blisko 100 mld zł – i jest wysoce prawdopodobne, że będą musiały doksięgować kolejnych 20, być może 30 mld zł. Wiele zależeć będzie od skłonności ex-frankowiczów do składania pozwów o zapłatę, jak również od tego, jak sądy podejdą do kwestii odsetek ustawowych za zwłokę oraz do zarzutu przedawnienia roszczeń banku, coraz częściej podnoszonego przez konsumentów w procesach o zwrot kapitału.
Władze nie chcą, by podobny scenariusz powtórzył się w przypadku hipotek złotowych, bo jest niemal pewne, że tym razem nie skończyłoby się na jednej upadłości (franki przyczyniły się do katastrofy Getin Noble Banku). Prawdopodobnie właśnie dlatego skierowały do TSUE negatywne dla kredytobiorców stanowisko w sprawie C-471/24, domagając się, by unijni sędziowie nie dawali swojego przyzwolenia na badanie klauzul zmiennego oprocentowania powiązanych ze wskaźnikiem WIBOR.
Rządzącym z pewnością nie spodobała się opinia Rzecznika Generalnego wydana w tej sprawie we wrześniu br. Jeśli wyrok TSUE będzie zgodny ze stanowiskiem RG, to konsumenci zyskają możliwość poddawania klauzul wiborowych sądowej kontroli. Co gorsza, do Trybunału wysyłane są kolejne pytania prejudycjalne związane ze stawką referencyjną i opartymi o nią klauzulami. Sądy w coraz większym stopniu koncentrują się nie na samej wadliwości WIBORu, a na tym, jak banki informowały konsumentów o ryzyku zmiennej stopy procentowej. Im więcej spraw z tej kategorii trafi przed oblicze sądów, tym większej liczby pytań prejudycjalnych mogą się spodziewać banki.
Jeżeli Trybunał przyjmie w tym sprawach podobnie prokonsumencki pogląd, jak w przypadku frankowiczów, a banki nie zareagują szybkim utworzeniem sensownego programu ugodowego, katastrofa w polskim systemie finansowym będzie już tylko kwestią czasu. Być może właśnie tu należy szukać przyczyn agresywnej, oszczerczej kampanii, jaką prowadzą przedstawiciele Ministerstwa Sprawiedliwości przeciwko kancelariom wyspecjalizowanym w kwestionowaniu abuzywnych umów.
Doskonałą okazją do rozkręcenia akcji jest trwający proces legislacyjny związany z ustawą frankową.
Przyśpieszenie spraw sądowych czy rzucenie koła ratunkowego bankom – co ma na celu ustawa frankowa?
Dziesięć lat temu w środowisku bankowym, a także w niektórych instytucjach publicznych (jak np. KSF) panował pogląd, zgodnie z którym ustawa frankowa stanowi zagrożenie dla stabilności systemu finansowego. Dziś ustawę w tamtym kształcie banki przyjęłyby z pocałowaniem ręki. Ponieważ przegrywają w sądach blisko 99 procent postępowań, są w stanie przystać na daleko idące ustępstwa, między innymi na automatyczne zabezpieczenie roszczeń kredytobiorcy w sprawie o nieważność. Prawda jest jednak taka, że zagrożenie sektora związane z kredytami frankowymi zmaterializowało się w stopniu, którego tak naprawdę nikt się nie spodziewał. Nie chodzi już o, potocznie rzecz ujmując, darmowe kredyty.
Frankowicze, dzięki wyrokom TSUE, mają prawo domagać się od banków wysokich odsetek za opóźnienie, liczonych od momentu wezwania podmiotu do zapłaty. W wielu przypadkach pod znakiem zapytania stoi to, czy bank skutecznie i w terminie upomniał się o zwrot kapitału – w związku z tym należy się zastanowić, czy w takich sytuacjach bank powinien mieć w ogóle prawo do odzyskania użyczonej klientowi kwoty. Wszak po otrzymaniu pozwu o nieważność i zapłatę zrezygnował z możliwości oferowanych przez oświadczenie o potrąceniu. Zamiast tego, upierając się, że umowa powinna pozostać w obrocie prawnym, złożył pozew o zwrot kapitału, który przeczył twierdzeniom podniesionym w procesie zainicjowanym przez kredytobiorcę.
Z ryzyka związanego z przedawnieniem doskonale zdają sobie sprawę rządzący, którzy na frankowiczów patrzą coraz częściej nie jak na poszkodowaną przez banki grupę społeczną, a jak na zagrożenie dla stabilności sektora i funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości. Co więcej, nie chcą, aby przykład z frankowiczów brały kolejne grupy kredytobiorców, w tym posiadacze pożyczek gotówkowych oraz hipotek opartych o WIBOR. Frankowicze pokazali tym kategoriom kredytobiorców, że da się wygrać spór sądowy z bankiem.
Nie byłoby to oczywiście możliwe bez wsparcia doświadczonych prawników, wyspecjalizowanych w prawie bankowym i konsumenckim. Udział tego środowiska w zmianie orzecznictwa jest zauważany również przez samych rządzących, dla których działalność kancelarii, skoncentrowana wokół wyszukiwania klauzul abuzywnych w kolejnych umowach kredytowych, jest dziś zupełnie nie na rękę.
Do spokojnego rządzenia krajem, zwłaszcza w obliczu wojny za miedzą, niezbędna jest stabilna gospodarka, a na tę stabilność bez wątpienia wpływ ma przewidywalność na rynku umów długoterminowych. Nie ma więc znaczenia, że winy banków wynikające z niedopełnienia obowiązków informacyjnych są oczywiste. Trzeba poświęcić finansowy los Polaków w imię „większego dobra”, jakim jest w tym przypadku wygaszenie w społeczeństwie tendencji do kwestionowania warunków zawartych w umowach produktów bankowych, a w konsekwencji – ustabilizowanie sytuacji panującej na rynku.
Cel ten realizowany jest na dwa sposoby. Polityczni decydenci próbują go osiągnąć przede wszystkim przy pomocy ustawy, która w teorii ma wspomóc realizację unijnego standardu orzeczniczego, a w praktyce zostawia sędziom furtkę do pomijania roszczeń odsetkowych oraz dotyczących przedawnienia. Jeśli ustawa frankowa wejdzie w życie, bank, który nie podniósł zarzutu potrącenia w pierwszym piśmie procesowym, będzie mógł naprawić swój błąd i zgłosić go do końca postępowania apelacyjnego (w praktyce aż do wydania wyroku, o ile sprawa rozpatrywana jest na posiedzeniu niejawnym). Równolegle bank zyska prawo do odzyskania połowy opłaty za wniesiony pozew, apelację lub skargę kasacyjną w przypadku ich cofnięcia do pół roku od wejścia w życie ustawy. Prawnicy frankowiczów krytykują pomysły legislacyjne projektodawcy i wskazują na generowane przez nie zagrożenia.
Obecnie kredytobiorca ma prawo do skontrolowania roszczenia banku w systemie dwuinstancyjnym. Ustawa odbierze mu tę możliwość – jeśli bank zgłosi potrącenie w II instancji, kredytobiorca nie będzie mógł się skutecznie odwołać od negatywnej dla niego decyzji sądu. Uwzględnienie potrącenia na późnym etapie postępowania, mimo wyraźnego sprzeciwu strony powodowej, będzie krzywdzące dla konsumenta z kilku względów.
Po pierwsze, osłabi jego pozycję procesową w sytuacji, gdy roszczenie banku jest potencjalnie przedawnione. Po drugie, pozwoli bankowi na indywidualne dobieranie strategi procesowej do osoby sędziego: jeśli sprawa prowadzona będzie przez orzecznika, który znany jest ze stosowania w rozliczeniach tzw. teorii salda, bank może dążyć do przeciągnięcia postępowania i odłożenia wyroku w czasie.
Wreszcie po trzecie, ustawa może stanowić dla części środowiska sędziowskiego pretekst do pozbawiania konsumentów odsetek ustawowych za opóźnienie. Niekorzystne orzecznictwo w przedmiocie odsetek jest charakterystyczne między innymi dla wrocławskiej apelacji i dla niektórych sędziów okręgu warszawskiego. Wprowadzenie ustawy może więc pogłębić chaos w orzecznictwie i zniechęcić część konsumentów do dochodzenia swoich praw w sądzie.
Wobec powyższych informacji nie dziwi zmiana postawy banków, które dekadę temu protestowały przeciwko wprowadzeniu jakiejkolwiek ustawy frankowej, a dziś wręcz nie mogą się doczekać, aż projekt przejdzie przez Sejm i zyska podpis Prezydenta.
Kancelarie prawne stały się celem ataków Ministerstwa Sprawiedliwości. To element szerszej strategii
Ustawa frankowa to jednak za mało, by zniechęcić stronę konsumencką do kierowania sporów z bankami na drogę sądową. Nie jest żadną tajemnicą, że konsumenci podejmują decyzję o pozwie w dużej mierze pod wpływem akcji informacyjnej organizowanej przez kancelarie prawne. To adwokaci i radcowie prawni w swoich materiałach edukacyjnych i organizowanych webinarach informują potencjalnych klientów o możliwości pozwania banku za klauzule abuzywne. Ministerstwo Sprawiedliwości (podobnie zresztą jak banki) zauważyło już, że prawnicy nie ograniczają się do tworzenia treści kierowanych do kredytobiorców frankowych.
Coraz więcej materiałów powstaje z myślą o posiadaczach kredytów gotówkowych i hipotecznych, wyrażonych w krajowej walucie. Liczba pozwów o sankcję kredytu darmowego i WIBOR rośnie, mimo że linia orzecznicza sądów w przeważającej większości przypadków jest niekorzystna dla konsumentów. Rządzący wiedzą, że zmiana orzecznictwa na bardziej prokonsumenckie może być już tylko kwestią miesięcy. Nie chcą, by do TSUE trafiały kolejne pytania dotyczące zagadnień powiązanych z kredytami złotowymi. Prawdopodobnie właśnie dlatego występują przeciwko kancelariom prawnym i publicznie wyrażają obawy o faktyczne intencje przedstawicieli krajowej adwokatury.
Polskie społeczeństwo nie ma wielkiego zaufania do wymiaru sprawiedliwości, co znajduje odzwierciedlenie w badaniach opinii publicznej. Niestety, nieufność wobec sądów wyraża się również poprzez niechęć do korzystania z profesjonalnej pomocy prawnej. Polacy, kierowani stereotypami, bardzo często unikają wsparcia adwokata bądź radcy w strategicznie istotnych sprawach. W próbach rozwiązania problemów posiłkują się nierzadko niezweryfikowaną wiedzą z Internetu, czego efekty łatwo sobie wyobrazić. Izby Adwokackie i Radcowskie zdają sobie sprawę ze skali zjawiska i od lat próbują z nim walczyć, między innymi poprzez realizowane w mediach kampanie społeczne. Tym bardziej bulwersujące są więc działania resortu sprawiedliwości, które torpedują skuteczność tych kampanii i wprowadzają dezinformację.
Ustawa frankowa pozbawi kancelarie 500 mln zł?
Zgodnie z aktualnym spinem Ministerstwa, kolportowanym w mediach między innymi przez pełnomocniczkę ministra ds. ochrony praw konsumenta, jedynym przegranym w przypadku wejścia w życie ustawy frankowej będą właśnie kancelarie prawne, które rzekomo mają stracić na nowych rozwiązaniach nawet 500 mln zł. Wiewiórowska-Domagalska tłumaczy w mediach, że będzie to wynik wprowadzenia posiedzeń niejawnych (które, co warto podkreślić, funkcjonują w krajowym systemie już teraz, bez pomocy ze strony resortu) oraz rozpatrywania roszczeń stron w ramach jednego postępowania.
Z wcześniejszych, niezwykle niefortunnych wypowiedzi pełnomocniczki, można było dodatkowo wywnioskować, iż kancelarie stracą na tym, że postępowania sądowe będą krótsze – czas trwania postępowania przekłada się na wysokość zasądzonych odsetek ustawowych za opóźnienie. Insynuacje pełnomocniczki są całkowicie nieuprawnione – wszak korzyść odsetkowa z wygranej przypada kredytobiorcy, a nie jego pełnomocnikowi prawnemu. Oszczerstwo zostało jednak rzucone w medialną przestrzeń i żyje obecnie własnym życiem, podsycane przez narrację sektora bankowego.
Dodatkowo pełnomocniczka ministra regularnie przypomina w mediach o klauzulach abuzywnych stosowanych rzekomo przez kancelarie prawne w umowach z klientami. Nie precyzuje przy tym, że takie naganne praktyki są charakterystyczne dla kancelarii odszkodowawczych, niebędących kancelariami adwokackimi czy radcowskimi, a więc niepodlegających pod nadzór samorządu zawodowego. Przedstawicielka resortu rozciąga odpowiedzialność za nieetyczne zachowania spółek z o.o., które korzystają z braku regulacji na rynku usług prawnych, na wszystkie podmioty działające w tym sektorze.
W naszej ocenie jest to działanie wysoce szkodliwe społecznie i, niestety, coraz trudniej uwierzyć, że niezamierzone. Osoba będąca ekspertem z dziedziny prawa konsumenckiego musi przecież rozumieć, jaką rolę w ochronie najsłabszych uczestników rynku odgrywają profesjonalni pełnomocnicy prawni. Czytając wypowiedzi dr Wiewiórowskiej, coraz częściej dochodzimy do wniosku, że korzysta ona z autorytetu, jaki daje jej rządowe stanowisko, w sposób krzywdzący dla grup, które – jako pełnomocnik ministerstwa – powinna chronić.
Bardzo ciekawi nas też, jak potoczy się dalsza kariera tej ekspertki, już po opuszczeniu struktur Ministerstwa Sprawiedliwości. Czy jej zawodowe losy nadal będą związane z sektorem publicznym lub pracą naukową? A może, za niewątpliwe zasługi dla banków, przejdzie do dużo lepiej płatnej pracy w sektorze prywatnym, np. w charakterze konsultanta? Jak wiadomo, banki bardzo cenią sobie wiedzę ekspercką zdobytą w ministerstwach – i chętnie eksponują takie osoby na prestiżowych stanowiskach, czego przykładem może być wiceprezes Związku Banków Polskich, Agnieszka Wachnicka, wcześniej pracująca w resorcie finansów.
Wniosek? Frankowicze powinni pozbyć się złudzeń co do faktycznych intencji Ministerstwa Sprawiedliwości. Postulaty tej grupy kredytobiorców są dla rządzących zupełnie nieistotne. Obecnie uwaga władz skierowana jest na procesy o SKD i WIBOR, a przede wszystkim na Trybunał Sprawiedliwości UE, przed którym toczy się kilka głośnych postępowań związanych z umowami złotowymi. Jest właściwie pewne, że w kwestiach kredytów gotówkowych i hipotek w PLN rządzący będą mówić dokładnie tym samym głosem, co przedstawiciele sektora bankowego. Kwestie wizerunkowe, a także te związane z potrzebą ochrony słabszych uczestników rynku, schodzą na dalszy plan – ważniejsze jest przeciwdziałanie kryzysowi w systemie finansowym, który mógłby doprowadzić obecny rząd do utraty władzy.
„Mieliście do wyboru hańbę albo wojnę. Wybraliście hańbę, a wojnę i tak będziecie mieli” – ten słynny cytat z Winstona Churchilla pasuje tu naszym zdaniem wyjątkowo dobrze. Rządzący kompromitują się swoją współpracą z bankowcami, ale nie spacyfikują w ten sposób środowisk konsumenckich. Wręcz przeciwnie – Polacy są inteligentnym narodem i nie lubią być wodzeni za nos. Bezbłędnie wyczuwają, gdy ktoś odgórnie próbuje narzucić im określony tok myślenia. A następnie dziękują za to przy urnach wyborczych.
PODSUMOWANIE:
Przedstawiciele Ministerstwa Sprawiedliwości próbują zburzyć zaufanie społeczeństwa do kancelarii prawnych, specjalizujących się w ochronie praw konsumenta. My z kolei doradzamy stronie konsumenckiej kierowanie się zasadą ograniczonego zaufania w odbiorze komunikatów Ministerstwa. Czas, w którym frankowicze (i inni uczestnicy rynku finansowego kwestionujący umowy bankowe) mogli liczyć na wsparcie lub przynajmniej życzliwą neutralność rządzących, bezpowrotnie minął. Z perspektywy polityków, od wprowadzenia zachodnich standardów do polskich produktów bankowych ważniejsze jest utrzymanie stabilności w sektorze, niezależnie od skali przewinień jego przedstawicieli względem konsumentów.


