Dosłownie przed kilkoma dniami informowaliśmy o skrajnie kryzysowej sytuacji Sądu Okręgowego w Poznaniu, który mimo powołania wyspecjalizowanej sekcji frankowej ma poważne problemy z opanowaniem wpływu spraw przeciwko bankom. Przeciętny referat sędziego rozpatrującego spory o kredyty w CHF zawiera tam kilkaset takich spraw, co wyraźnie kontrastuje z liczbą miesięcznie wydawanych wyroków. Wiele wskazuje na to, że równie trudna jest sytuacja Sądu Apelacyjnego w Poznaniu, który wprawdzie ma nową, spełniającą wszelkie potrzeby siedzibę, ale nie jest w stanie utworzyć wydziału frankowego, z dość zaskakującej przyczyny. Otóż brak jest sędziów, którzy chcieliby orzekać w takim wydziale, nawet jeśli wiązałoby się to z awansem. Czy sędziowie naprawdę mają tak dość spraw frankowych, że problemem może być powołanie kolejnych wyspecjalizowanych wydziałów ds. sporów o kredyty w walucie obcej? I dlaczego plan wdrożenia ustawy frankowej nie koi nastrojów przedstawicieli krajowej judykatury?
Z tekstu dowiesz się:
- Ile, w skrajnych przypadkach, mogą czekać frankowicze na rozpatrzenie sprawy przez Sąd Okręgowy w Poznaniu
- Jak wyglądają obecne statystyki orzecznicze poznańskiej apelacji w sprawach frankowych
- Czego potrzebują duże jednostki sądowe do jak najszybszego zakończenia sagi frankowej – i dlaczego w rozwiązaniu problemu najprawdopodobniej nie pomoże ustawa.
U frankowiczów z Poznania bez zmian: przewlekłość postępowań jest problemem w obu instancjach tamtejszych sądów
Jeszcze dwa lata temu o przewlekłości postępowań o kredyty frankowe mówiło się głównie w kontekście Sądu Okręgowego w Warszawie, a ściślej rzecz ujmując, tamtejszego XXVIII Wydziału Cywilnego, do którego w szczytowym momencie trafiało kilkadziesiąt procent wszystkich pozwów przeciwko bankom. Po nowelizacji kpc z kwietnia 2023 roku sytuacja zaczęła się dynamicznie zmieniać: frankowicze spoza Warszawy utracili możliwość składania pozwów w stołecznym sądzie okręgowym. Obecnie ich pozwy przeciwko bankom mogą być składane wyłącznie w sądzie właściwym ze względu na adres zamieszkania.
Zmiana ta w krótkim czasie przełożyła się na radykalny wzrost wpływu spraw frankowych w sądach okręgowych całej Polski. Po kilku kwartałach od wprowadzenia noweli wzrost ten wynosił od kilkudziesięciu do nawet ponad stu procent. Lawina frankowych powództw nie ominęła oczywiście Sądu Okręgowego w Poznaniu. W 2021 roku do tej jednostki wpłynęły niespełna 4 tys. spraw o symbolu 049 cf, a pozostałość spraw do rozpatrzenia wynosiła na koniec okresu 5,3 tys. Dla porównania w 2024 roku wpływ tych spraw do poznańskiego okręgu wyniósł 6,4 tys., a zaległość wynosiła na koniec grudnia 11,6 tys. (na 24,5 tys. wszystkich zaległych cywilnych spraw procesowych).
O tym, jak Sąd Okręgowy w Poznaniu radzi sobie z opanowaniem wpływu spraw z tej kategorii, pisaliśmy w jednym z ostatnich artykułów. W telegraficznym skrócie, wskaźnik opanowania wpływu za cały miniony rok wyniósł tam dla spraw frankowych 91,8 proc. Dla porównania, ten sam wskaźnik za analogiczny okres dla Sądu Okręgowego w Warszawie wyniósł 118 proc.
Jak to się dzieje, że warszawska jednostka, w której w szczytowym momencie na jednego frankowego sędziego przypadało 2 tys. spraw, jest w stanie uzyskać ponad stuprocentowe pokrycie wpływu, a Poznań wciąż ma z tym problem? Przyczyny, przynajmniej pozornie, trudno upatrywać w zbyt małej ilości sędziów: sprawy frankowe są w okręgu poznańskim rozłożone pomiędzy 65 sędziów (dane aktualne na połowę listopada br.). Zdecydowana większość z nich ma w swoich referatach po kilkaset takich spraw. Należy jednak zwrócić uwagę na to, że wielu z nich (poza sekcją frankową) prócz spraw o symbolu 049 cf rozpatruje także inne kategorie sporów. Mimo to miesięczna statystyka orzecznicza jest niepokojąca.
Alarmująco niski wskaźnik opanowania wpływu w poznańskiej apelacji. W kilka miesięcy zaległość wzrosła o blisko 24 proc.
Z naszej analizy wynika, że wielu sędziów Sądu Okręgowego w Poznaniu, mimo kilkuset spraw frankowych w referacie, wydaje w nich po kilka, kilkanaście wyroków w kwartale. W tym tempie niektórzy wyzerują swoje referaty z franków za kilkanaście, czasem nawet za kilkadziesiąt lat. Mogłoby się wydawać, że skoro frankowa zaległość poznańskiej jednostki okręgowej rośnie, to sytuacja w apelacji musi być w miarę stabilna – wszak nie zmaga się ona, przynajmniej póki co, z lawiną odwołań. A jaka jest rzeczywistość?
Ciekawych informacji dostarcza nam sprawozdanie sądu za I półrocze 2025 roku. Możemy się z niego dowiedzieć, że zaległość spraw frankowych do rozpatrzenia, stanowiąca pozostałość z 2024 roku, wynosiła 5153. Na koniec I półrocza br. wzrosła o 23,9 proc., do 6385 spraw.
W całym I półroczu 2025 roku Sąd Apelacyjny w Poznaniu załatwił 750 spraw frankowych, a otrzymał ich 1982. Wskaźnik opanowania frankowego wpływu wyniósł więc w I półroczu 2025 roku 37,8 proc.
Prezes Sądu Apelacyjnego w Poznaniu wyjaśnia, jakie są obecne problemy wydziałów cywilnych. Jednym z nich jest napływ spraw frankowych
O tym, z jakimi problemami zmaga się obecnie poznańska apelacja, możemy się dowiedzieć z wywiadu przeprowadzonego przez Radio Poznań z sędzią Karolem Ratajczakiem, prezesem tej jednostki. Prezes nie kryje, że olbrzymią trudnością dla sądu są zarówno braki kadrowe na stanowiskach sędziowskich, jak i wysoki wpływ spraw cywilnych, w tym przede wszystkim frankowych.
Jak wyjaśnia sędzia Ratajczak, wpływ tych spraw do sądu rósł przy jednocześnie malejącej liczbie kadry orzeczniczej. Prezes zwraca uwagę na to, że I Wydział Cywilny Sądu Apelacyjnego w Poznaniu rozpatruje nie tylko sprawy z repertorium ACa, ale również sprawy zażaleniowe (jak łatwo się domyślić, wśród tych zażaleń nie brakuje skarg banków na postanowienia sądu okręgowego o przyznaniu frankowiczowi zabezpieczenia powództwa).
Sędzia Ratajczak wyjaśnia ponadto, że w Sądzie Okręgowym w Poznaniu udało się pozyskać 11 sędziów delegowanych, dzięki którym możliwe stało się utworzenie wyspecjalizowanej sekcji frankowej, co odciążyło sędziów-cywilistów w pozostałych wydziałach. W Sądzie Apelacyjnym nie udało się przeprowadzić podobnego przedsięwzięcia.
Prezes kilkukrotnie wysyłał komunikat do sędziów apelacji poznańskiej, by zgłaszali się na delegacje do formowanej sekcji frankowej, niestety bez rezultatu. Szef jednostki stara się w możliwie najdelikatniejszy sposób wyjaśnić, jakie mogą być przyczyny braku zainteresowania sędziów perspektywą awansu. Wskazuje na czynniki polityczne, związane z niechęcią sędziów do przechodzenia przez tę procedurę przed neoKRS.
Sędziowie poznańskiej apelacji rozpatrują właśnie sprawy zarejestrowane ponad 2 lata temu. Te, które wpływają teraz, zostaną rozpoznane za 4 lata
Dziennikarz prowadzący rozmowę zapytał sędziego, jak długo frankowicze muszą obecnie czekać na pierwszy termin rozprawy przed poznańską apelacją – odpowiedź, w świetle wcześniejszych informacji, nie powinna zaskakiwać. Jak się okazuje, obecnie sędziowie tego sądu rozpoznają sprawy, które wpłynęły nawet ponad dwa lata temu. Prezes szacuje, że sprawy, które wpływają do tego sądu teraz, zostaną zapewne rozpoznane za ok. cztery lata.
Zapytany o ustawę frankową, prezes Ratajczak chwali pomysły projektodawcy, szczególnie koncentrując się na jednym zapisie. Otóż zdaniem prezesa korzystnym dla sądu rozwiązaniem będzie możliwość rozpoznania sprawy bez przeprowadzenia rozprawy, nawet gdy strona wyraźnie tej rozprawy żąda. I tu pojawia się ze strony sędziego niezwykle interesująca informacja. Okazuje się, że obecnie to banki żądają przeprowadzenia rozprawy apelacyjnej w sprawach frankowych. Dlaczego jest to takie ciekawe?
Frankowicze chcą rozpoznawania spraw na posiedzeniach niejawnych. Zupełnie przeciwnego zdania są banki
Po wejściu w życie ustawy sprawy frankowe będą mogły być rozsądzane na posiedzeniach niejawnych, bez udziału stron. Jest to scenariusz, któremu tak naprawdę od lat przyklaskują sami frankowicze, niechętni do osobistego stawiennictwa w sądzie. Ten konkretny pomysł Ministerstwa Sprawiedliwości jest zresztą pozytywnie oceniany przez dużą część środowiska frankowych prawników.
Tymczasem narracja rozpowszechniana przez rządzących kreśli fałszywy obraz nastawienia pełnomocników frankowiczów do ustawy. Wynika z niej, że kancelarie prawne krytykują cały projekt, a jest to oczywista nieprawda. Tak naprawdę doświadczeni adwokaci i radcowie prawni wskazują na zagrożenia niesione przez kilka wybranych zapisów projektu, na czele z tym, który wydłuży termin na zgłoszenie potrącenia do końca postępowania w II instancji.
Przedstawiciele strony rządowej stosują więc duże uogólnienie, co ma zapewne służyć przekonaniu opinii publicznej do rzekomego braku obiektywizmu po stronie krytyków. Zwłaszcza, że przedstawiciele resortu sprawiedliwości, na czele z dr Wiewiórowską-Domagalską, łączą krytykę pochodzącą od kancelarii z rzekomymi stratami, jakie wygeneruje po stronie tych podmiotów negatywnie oceniany przepis.
Tymczasem prezes Sądu Apelacyjnego w Poznaniu daje opinii publicznej jasno do zrozumienia, że to banki są stroną zainteresowaną tym, by sprawy frankowe nie były rozpoznawane na posiedzeniach niejawnych. Dla nas wynika z tego tyle, że bankowcom nie zależy, by sprawy te trwały krócej i angażowały wymiar sprawiedliwości w mniejszym stopniu. Pozują jedynie przed Ministerstwem Sprawiedliwości i przed mediami na wielkich zwolenników uproszczenia przepisów procesowych, bo widzą dla siebie szanse w wydłużeniu terminu na zgłoszenie potrącenia. Liczą po prostu, że część sędziów przy okazji uznania potrącenia skasuje kredytobiorcom odsetki za opóźnienie, co zmniejszy w stopniu znacznym ostateczny koszt rozliczenia nieważnej umowy. W skali całego sektora może to oznaczać wielomilionowe korzyści, ale czy wspomina o tym ktoś poza pełnomocnikami kredytobiorców? Oczywiście nie.
Przedstawiciele resortu sprawiedliwości wolą liczyć, ile na ustawie frankowej stracą rzekomo kancelarie prawne. Jest to chyba jeden z nielicznych przypadków w historii naszego kraju, gdy strona rządowa w sposób absolutnie jawny informuje w mediach, że działa z myślą o szkodzie legalnie prowadzących swój biznes podmiotów, w dodatku takich, dla których kluczową kwestią jest społeczne zaufanie.
Rządzący oskarżają frankowych prawników o nieetyczne motywacje, ale nie dostrzegają patologii po drugiej stronie barykady
Dziwne, że ministerialni eksperci nie dostrzegają patologii na rynku usług prawnych oferowanych podmiotom gospodarczym – nie jest żadną tajemnicą, że frankowicze są wprost bombardowani pozwami typu SLAPP, w których banki formułują kuriozalne roszczenia. O jednym z takich przypadków informował niedawno mecenas Mikołaj Rusiński za pośrednictwem swojego profilu na platformie X.com. Bank PKO BP pozwał frankowicza o zwrot prowizji związanej z kredytem frankowym, który został już prawomocnie unieważniony. Kwoty, o które został pozwany frankowicz, nigdy nie trafiły do jego portfela – to bank dysponował tymi pieniędzmi i sam przeksięgował je z jednego konta na drugie, a następnie pozwał byłego klienta o zwrot. Brzmi absurdalnie? I takie właśnie jest w swej istocie. Ale rządzący konsekwentnie milczą o takich przypadkach i zamiast tego wolą atakować pełnomocników, którzy tylko wskazują, że projektowane przepisy mogą wywołać chaos orzeczniczy i dadzą nowe argumenty tym sędziom, którzy nie respektują unijnego prawa.
Czego zatem potrzebują duże sądy do szybszego zamknięcia frankowej sagi, jeśli nie właśnie specustawy? Drogi są dwie. Pierwsza wiedzie przez reformę KRS i odblokowanie sędziom „legalnych” awansów. Ale by to stało się możliwe, rząd musi porozumieć się z prezydentem. Czy uzyskanie konsensusu w tej sprawie jest w ogóle możliwe? Biorąc pod uwagę napięte relacje pomiędzy rządem a pałacem prezydenckim, ten scenariusz należy ocenić jako mało prawdopodobny.
Jest też druga droga, znacznie prostsza. Wystarczy, by rządzący przestali głaskać bankowców po głowach i wdrożyli program „zero tolerancji”. Priorytetem takiego programu powinno być zamykanie spraw frankowych na etapie sądów I instancji. Środkiem do celu może być upowszechnienie praktyki polegającej na zasądzaniu od banku zwielokrotnionych kosztów sądowych w przypadku przegranej. Wówczas apelacje w sprawach skazanych na porażkę stałyby się dla banków zupełnie nieopłacalne. Niewykluczone, że instytucje finansowe same zaczęłyby dążyć do porozumienia z klientem, jeszcze przed wyznaczeniem pierwszej rozprawy przed sądem I instancji. Obecnie nie są do tego zmotywowane, bo wiedzą, co zawiera projekt ustawy i liczą, że będą jeszcze w stanie co nieco zarobić na wadliwych hipotekach frankowych. Rolą rządu powinno być odebranie bankom tej nadziei i przywrócenie normalności w polskim wymiarze sprawiedliwości.
PODSUMOWANIE:
Sąd Apelacyjny w Poznaniu jest w stopniu krytycznym zapchany sprawami o kredyty frankowe, a winę za ten stan rzeczy należy przypisać bankom. Podmioty te masowo apelują w przegrywanych przez siebie sprawach i komplikują procesy poprzez żądanie przeprowadzenia rozprawy. Spory frankowe mogłyby szybciej opuszczać krajowe wydziały cywilne, gdyby były rozpatrywane na posiedzeniach niejawnych. Taką możliwość próbują blokować nie kredytobiorcy, a właśnie banki.
Dwulicowości banków zdają się nie dostrzegać przedstawiciele strony rządowej, którzy w swojej krytyce koncentrują się na przeciwnikach procesowych sektora. Dla rządzących sprawa jest prosta: banki są zwolennikami ustawy, a więc mają czyste sumienie. Kancelarie frankowe krytykują ustawę, a więc mają interes w tym, aby spory sądowe trwały dłużej.
Tok rozumowania przedstawicieli obozu rządzącego dobitnie pokazuje, jak polityka demoralizuje ludzi. Ministerstwo Sprawiedliwości ma problem ze zrozumieniem faktycznych pobudek prawników i łączy krytyczne uwagi tego środowiska z motywacjami finansowymi. Politycy po prostu nie mogą uwierzyć w to, że ktoś staje po stronie społeczeństwa, dlatego, że ma odpowiednio ustawiony kompas moralny i stara się prawidłowo wywiązywać ze swoich obowiązków wobec klientów. Z podobnego założenia, co rządzący, wychodzą banki – jeśli ktoś broni interesów strony konsumenckiej, to sam musi na tym w jakiś sposób korzystać, innego wyjścia po prostu nie ma.
Wobec tych podobieństw nie może dziwić, że bankowcy ostatnimi czasy tak dobrze dogadują się z politycznymi decydentami.



