W gorącej dyskusji publicznej poświęconej problematyce polskiego wymiaru sprawiedliwości najczęściej przewija się temat sędziów, tych „neo” i tych „paleo”, a także tego, jak przeprowadzić reformę KRS mimo braku wsparcia ze strony pałacu prezydenckiego. W całym tym zamieszaniu zapomina się o innych pracownikach sądów – kadrze urzędniczej, sekretarskiej, asystentach sędziów, bez których wysiłku krajowe sądownictwo nie mogłoby po prostu funkcjonować. Obecny obóz rządzący, mimo medialnych zapewnień, najwyraźniej darzy obsadę stanowisk urzędniczych stosunkowo niewielkim poważaniem: trudno inaczej wytłumaczyć, dlaczego przyszłoroczne podwyżki w budżetówce mają być niższe niż inflacja, podobnie jak niełatwo jest zrozumieć skok rządzących na 95 mln zł, które – zamiast zasilić wynagrodzenia w sądach – zostaną przekierowane m.in. na szkolnictwo wyższe, turystykę i ABW. Choć w budżecie nie ma pieniędzy dla świetnie wykształconych i ciężko pracujących kadr urzędniczych, wygląda na to, że Skarb Państwa jest wystarczająco bogaty w środki, by (przy okazji ustawy frankowej) rozdawać pieniądze bankom, które mają za sobą historycznie dobry okres i z pewnością nie potrzebują rządowej zapomogi. Powstaje pytanie, dlaczego koalicyjny rząd forsuje rozwiązania, które uszczuplą portfele uczciwie pracujących ludzi, i jednocześnie nie potrafi przeciwstawić się chciwym korporacjom?
Z tekstu dowiesz się:
- W jaki sposób obóz rządzący wynagradza pracowników sądów za trud wkładany w sprawne działanie polskiego wymiaru sprawiedliwości
- Jak banki zyskają na wprowadzeniu ustawy frankowej i ile mogą wynieść transfery pieniężne ze Skarbu Państwa do przedstawicieli tego sektora
- Dlaczego zadowolenie bankowców ma dla władz wyższy priorytet niż satysfakcja pracowników sfery budżetowej
- Czy bez pełnego obsadzenia stanowisk urzędniczych polscy obywatele mają szansę na rozpatrzenie swoich spraw sądowych w rozsądnym czasie.
Hojność rządu wobec polskiego sądownictwa nie zna granic: przyszłoroczny budżet na wynagrodzenia w sądach został właśnie pozbawiony 95 mln zł
Od pewnego czasu mamy wrażenie, że polski rząd, nikogo o tym nie informując, postanowił zorganizować mistrzostwa w drażnieniu obywateli, a poszczególne ministerstwa prześcigają się w tym, które z nich wywoła większy kryzys wizerunkowy. Ministerstwo Sprawiedliwości bez wątpienia jest tu wyjątkowo mocnym zawodnikiem. Bezpośrednio po przejęciu władzy przez obecną koalicję rządzącą (a nawet jeszcze przed, na etapie kampanii wyborczej), skala obietnic przekroczyła granice rozsądku. Część społeczeństwa, wyraźnie nienauczona doświadczeniem, zdecydowała się w te obietnice uwierzyć, a teraz spotyka się z trudnym do zaakceptowania rozczarowaniem.
Sensownych reform w sądownictwie jak nie było, tak nie ma. Rządzący bazują na społecznej euforii, wywoływanej kolejnymi zmianami na strategicznych stanowiskach, a gdy ta ustępuje, powtarzają manewr, celem podniesienia morale u swojego elektoratu. Wpierw odpowiedzią na kryzys w polskim sądownictwie miał być profesor Adam Bodnar, który, jak wiadomo, latem tego roku został w dość bezceremonialny sposób odsunięty z urzędu. Nowym ministrem został były sędzia-cywilista, Waldemar Żurek. I znów opinia publiczna zaczęła wiwatować na cześć tego wyboru, tak jakby sama wymiana szefa resortu miała przełożyć się na przyśpieszenie działań reformatorskich.
O sytuacji panującej w polskich sądach najwięcej dowiemy się nie z medialnych doniesień (które są w przeważającej części skrajnie upolitycznione i w związku z tym przekoloryzowane na korzyść którejś ze stron), a z wypowiedzi samych pracowników wymiaru sprawiedliwości, publikowanych we wpisach i komentarzach na popularnych platformach społecznościowych, także pod komunikatami Ministerstwa Sprawiedliwości. Próżno szukać tam peanów pochwalnych na cześć nowego ministra i jego świty. Przeciwnie. Pracownicy sądów są oburzeni podejściem rządzących do kwestii związanych z przyszłorocznym budżetem. Pada wiele mocnych słów, którym trudno się dziwić. Kryzysowa sytuacja w polskim sądownictwie, zwłaszcza w wydziałach cywilnych, które zmagają się obecnie z prawdziwym kataklizmem w postaci masowych powództw przeciwko bankom, byłaby niemożliwa do opanowania bez sprawnie działających sekretariatów i świetnie zorganizowanych urzędników.
Ilekroć w mediach mowa o poprawiających się statystykach sądowych dla spraw frankowych, sukces ten przypisywany jest przedstawicielom Ministerstwa Sprawiedliwości, względnie samym sędziom. Zdecydowanie zbyt mało mówi się o tym, że wpływ na coraz lepszą dynamikę orzeczniczą mają właśnie kadry urzędnicze, dbające o odpowiednią organizację pracy sędziów i prawidłowy obieg dokumentów.
Absolwenci prawa zarabiają w polskich sądach poniżej średniej krajowej. Przyszłoroczna podwyżka wynagrodzeń będzie niższa od wskaźnika inflacji
Nie jest żadną tajemnicą, że stanowiska urzędnicze i asystenckie, nawet w dużych sądach, takich jak warszawski, nie są szczególnie dobrze płatne, zwłaszcza w zestawieniu z wymaganiami, jakie stawia się kandydatom na wolne wakaty. Asystent sędziego musi mieć przecież ukończone studia prawnicze, czyli legitymować się wykształceniem, które jest przepustką do kariery w sektorze prywatnym, dającym dużo większe perspektywy zawodowego rozwoju. Tymczasem na stanowisku asystenta sędziego zarobić można (po podwyżkach z maja br.) od 6500 zł brutto do 8000 zł brutto. Wyższa z tych stawek daje 5784 zł na rękę, czyli kilkaset złotych poniżej średniej krajowej.
Jeszcze gorzej wygląda sytuacja płacowa u pozostałych urzędników zatrudnianych w sądach. Od lutego br. minimalne wynagrodzenie zasadnicze dla kadry urzędniczej w sądownictwie wynosi 5500 zł brutto, a dla pozostałych pracowników 5000 zł brutto. Według portalu wynagrodzenia.pl mediana zarobków netto na stanowisku sekretarza sądowego to 4236 zł. Ostatnia aktualizacja tych danych pochodzi ze stycznia br., czyli sprzed hucznie ogłoszonych podwyżek. Nie zapominajmy przy tym, że największe zapotrzebowanie na stanowiska sekretarskie i asystenckie zgłaszane jest przez duże jednostki sądowe, np. tę w Warszawie, a przecież koszty życia w mieście wojewódzkim są znacznie wyższe niż w mniejszych ośrodkach miejskich.
Nie może zatem dziwić, że pracownicy budżetówki bardzo liczyli na przyszłoroczne podwyżki wynagrodzeń. Wielkie musi być zatem ich rozczarowanie po piątkowym komunikacie ministra Żurka, który oznajmił, że pracownicy sfery budżetowej otrzymają w 2026 roku zawrotne 3 procent podwyżki. Ze swojej strony pragniemy zauważyć, że podwyżka nie zamortyzuje nawet skutków inflacji – według wyliczeń NBP inflacja we wrześniu br. wyniosła 3,2 proc. rdr, i to po wyłączeniu cen żywności i energii, które, jak doskonale wiemy, znacząco podniosłyby wartość tego wskaźnika.
Minister przyznaje, że w przypadku pracowników sądów wnioskował o pięcioprocentową podwyżkę, jednak Komisja Sejmowa zdecydowała, że będzie ona niższa aż o 2 pp. Pod wpisem ministra na platformie Facebook zawrzało. Pracownicy sądów wypominają szefowi resortu czwartkową decyzję obozu rządzącego, dotyczącą naniesienia poprawki do projektu przyszłorocznej ustawy budżetowej.
Poprawka numer 9, bo o niej mowa, została przyjęta w pierwszym czytaniu, a jej treść pozornie brzmi niewinnie. Chodzi o zmniejszenie wydatków w szeregu instytucji publicznych i przesunięcie tak pozyskanych środków w inne obszary budżetu – dodatkowymi milionami złotych mają zostać zasilone między innymi szkolnictwo wyższe i nauka, ABW, a także turystyka. W praktyce ta poprawka oznacza uszczuplenie o 95 mln zł budżetu na wynagrodzenia w sądownictwie.
W budżecie nie ma pieniędzy na 5 proc. podwyżki dla pracowników sądów. Są za to miliony na zwrot połowy opłaty sądowej dla banków
Jak wynika z wyliczeń Międzyzakładowej Organizacji Związkowej NSZZ „Solidarność” Pracowników Sądownictwa i Prokuratury, poprawka zabiera ok. 65,8 mln zł urzędnikom i innym pracownikom nieobjętym mnożnikami, blisko 15 mln zł stracą kuratorzy sądowi, ok. 12 mln zł pozbawieni zostaną asystenci sędziego. Poprawka niestety nie będzie objęta głosowaniem w Sejmie, śmiało można więc powiedzieć, że została wprowadzona do przyszłorocznego budżetu bez jakiejkolwiek debaty z udziałem zainteresowanych.
Tak niepopularne ruchy rządzących mogłyby sugerować, że sytuacja budżetu państwa jest krytyczna i wymaga podejmowania trudnych decyzji. Jednak przeczą temu legislacyjne plany Ministerstwa Sprawiedliwości i Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Cywilnego, ujęte w projekcie ustawy frankowej. Ów projekt zakłada bowiem nowy przywilej dla banków, który kosztować będzie Skarb Państwa nawet kilkaset milionów złotych.
Chodzi o pomysł polegający na zwracaniu bankowi połowy opłaty sądowej za cofnięty pozew, apelację bądź skargę kasacyjną w sprawie frankowej. Z takiej możliwości bank będzie mógł skorzystać do 6 miesięcy od wejścia w życie ustawy. Opłata sądowa ponoszona przez bank jest bardzo wysoka, wynosi 5 proc. od wartości przedmiotu sporu w przypadku pozwu, np. o zwrot kapitału kredytu, i 5 proc. od wartości przedmiotu zaskarżenia w przypadku apelacji.
Warto się więc zastanowić, czy przeciążone pracą sądy stać na dawanie bankom zniżki za „hurtowe” procesowanie się.
Ustawa frankowa poprawi statystyki polskich sądów, ale tylko na papierze. Z wokandy może zniknąć kilkadziesiąt tysięcy spraw
Z danych Ministerstwa Sprawiedliwości wynika, że po I półroczu 2025 roku w sądach apelacyjnych pozostawało do rozpatrzenia na okres następny 63 633 spraw frankowych. Niestety, nie wiadomo, ile tych apelacji trafiło do sądu z inicjatywy banku, a ile z inicjatywy kredytobiorcy. Jeśli weźmiemy jednak pod uwagę, że banki przegrywają ok. 97 proc. postępowań w sądach I instancji, bezpiecznie możemy założyć, że nawet 61,7 tys. spraw toczących się w II instancji jest wynikiem odwołania złożonego przez bank.
W tym miejscu chcemy zaznaczyć, że w ostatnich latach frankowicze, mimo sprzyjającej im linii orzeczniczej, również zaskarżali wyroki, nawet te uznające roszczenie nieważności umowy – chodzi o przypadki, w których sąd I instancji zdecydował się rozliczyć umowę zgodnie z teorią salda lub też uznał podniesiony przez bank zarzut zatrzymania, co negatywnie wpłynęło na korzyść odsetkową kredytobiorcy. Rzeczywistość jest jednak taka, że kredytobiorcy składający te apelacje reagują po prostu na decyzję o odwołaniu podjętą przez bank. W przypadkach, w których bank rezygnuje z apelacji, kredytobiorca rzadko kiedy decyduje się na walkę o odsetki w sądzie II instancji. Jaki płynie z tego wniosek? O tym, ile spraw toczy się obecnie w apelacji, przesądza strategia procesowa samych banków.
Po I półroczu br. w sądach okręgowych I instancji toczyły się 117 633 postępowania o symbolu 049 cf. I znów nie wiemy, ile z nich zostało zainicjowanych w związku z roszczeniem banku o zwrot kapitału – nie są dostępne oficjalne dane dotyczące tej grupy pozwów. Nawiasem mówiąc, im dłużej o tym myślimy, tym większe jest nasze przekonanie, że brak podawania do publicznej wiadomości liczby powództw złożonych przez banki przeciwko frankowiczom jest w pełni zamierzonym działaniem Ministerstwa. Mogłoby się bowiem nagle okazać, że za kryzys w polskim sądownictwie w dużej mierze odpowiadają właśnie banki, które – zamiast składać oświadczenie o potrąceniu już w odpowiedzi na pozew – wolą zapychać wymiar sprawiedliwości odrębnymi sprawami o zwrot użyczonego kapitału.
W tym miejscu trzeba zauważyć, że pozwy banków przeciwko frankowiczom nierzadko dotyczą jeszcze bardziej egzotycznych roszczeń, o czym dowiadujemy się dzięki uprzejmości prawników. Przed kilkoma dniami na profilu mec. Mikołaja Rusińskiego na platformie X.com pojawił się osobliwy wpis, poświęcony pozwowi PKO BP o zapłatę. Podstawą roszczenia banku, wycenianego na kwotę 1360,96 CHF, jest prowizja dotycząca prawomocnie nieważnej umowy kredytowej. Dodajmy, że prowizja, której klient nie otrzymał nigdy do swojej dyspozycji – bank po prostu przeksięgował środki z jednego konta na drugie, co nie wygenerowało po stronie frankowicza żadnej materialnej korzyści.
Pod postem wywiązała się dyskusja, w toku której prawnik zasugerował, iż to roszczenie wpisuje się w specyficzną strategię banków, polegającą na składaniu przeciwko konsumentom pozwów typu SLAPP, służących zniechęcaniu uprawnionych do dochodzenia roszczeń na drodze sądowej. Skoro banki zakładają frankowiczom sprawy z góry skazane na porażkę, to najwidoczniej nie mają problemu z ponoszeniem wysokich opłat sądowych. Istnieje też szansa, że takie bezsensowne pozwy są frankowiczom wysyłane z inicjatywy pełnomocników prawnych banków, którzy wiedzą, że era złotych zarobków na procesach o kredyty pseudowalutowe powoli dobiega końca, i chcą w związku z tym wycisnąć tę cytrynę do ostatniej kropli.
Tu pojawia się pytanie, gdzie jest pełnomocniczka ministra ds. ochrony praw konsumentów, dr Aneta Wiewiórowska-Domagalska, gdy bankowe kancelarie zapychają sądy kuriozalnymi roszczeniami? Ta znana rządowa ekspertka od miesięcy krytykuje pełnomocników prawnych konsumentów za sprzeciw wobec projektu ustawy frankowej i przypisuje im niezwykle krzywdzące motywacje. Czyżby kierowane przez banki pozwy typu SLAPP nie pasowały do narracji Ministerstwa Sprawiedliwości o chciwych prawnikach frankowych?
Ale wróćmy do tematu pieniędzy, które resort chce zwrócić (czy może bardziej podarować) sektorowi bankowemu.
Ile stracą polscy podatnicy na ustawie frankowej? Transfer publicznych pieniędzy w stronę banków może przekroczyć pół miliarda złotych…
Ponieważ nie mamy dostępu do potrzebnych w tej sytuacji danych dotyczących skali bankowych pozwów i apelacji, musimy improwizować. W tym celu niezbędne staje się uproszczenie naszych wyliczeń – chodzi o to, by pokazać, jaka będzie skala wydatków Skarbu Państwa (a nie ich dokładna kwota) na legislacyjne rozwiązanie zaproponowane przez projektodawcę.
Przyjmijmy, że po wejściu w życie ustawy frankowej banki cofną 61,7 tys. apelacji oraz 20 tys. pozwów o zwrot kapitału, będących na etapie sądu I instancji, i „przeniosą” swoje roszczenia do spraw zainicjowanych przez kredytobiorców (czemu służyć będzie wydłużenie terminu na zgłoszenie potrącenia).
Załóżmy przy tym, że przeciętne roszczenie banku wyartykułowane w pozwie o zwrot kapitału wyceniane jest na 200 tys. zł, i że na kwotę 300 tys. zł opiewa wartość przedmiotu zaskarżenia w sprawach toczących się w II instancji (trudno idealnie wypośrodkować przeciętną wartość przedmiotu zaskarżenia, chociażby przez wzgląd na różnice orzecznicze dotyczące metody prowadzenia rozliczeń stron sporu).
Opłata za wniesienie pozwu wynosi w takim przypadku 10 tys. zł, a za apelację 15 tys. zł. Jeśli Ministerstwo Sprawiedliwości odda bankom połowę opłaty w każdym z 81,7 tys. przypadków, to zbierze się nam z tego kwota niemal 563 mln zł. To blisko sześciokrotność kwoty, którą rządzący chcą zabrać z przyszłorocznego budżetu przeznaczonego na wynagrodzenia w sądownictwie.
Czy da się jakkolwiek usprawiedliwić te oburzające decyzje? W naszym przekonaniu absolutnie nie. Wygląda to tak, jakby Ministerstwo Sprawiedliwości uległo naciskom sektora bankowego i zdecydowało się zaprojektować rozwiązania, które odciążą finansowo pozywane przez kredytobiorców podmioty (nie zapominajmy, że projekt zawiera również takie rozwiązania, które pod znakiem zapytania stawiają korzyść odsetkową należną kredytobiorcy po wygraniu sprawy o zapłatę), nawet kosztem podatnika. W końcu hojny dla bankowców rząd nie premiuje ich z własnych pieniędzy – środki te pochodzić będą ze Skarbu Państwa. Polska zapłaci więc miliony, po to, by Ministerstwo Sprawiedliwości mogło się na papierze popisać swoimi sukcesami w zwalczaniu frankowego kryzysu. A komu zapłaci? Bankom, które w pierwszych 9 miesięcy 2025 roku zarobiły na czysto 36,1 mld zł, o ponad 16 proc. więcej niż w analogicznym okresie roku ubiegłego.
Zgadza się, Drodzy Czytelnicy. Banki zarabiają o 16 proc. więcej i w nagrodę otrzymają 50 procent zniżki na „usługi” polskiego sądownictwa, a uczciwie zarabiający pracownicy polskich sądów, sprzątający bajzel po frankach, dostaną w przyszłym roku 3 procent podwyżki.
Postawa rządzących jest zaskakująca również z uwagi na strategicznie istotną rolę pracowników sądów w procesie udrażniania polskiego wymiaru sprawiedliwości. Trudno bowiem prawidłowo zarządzać pracą dużej jednostki sądowej (dodatkowo obciążonej ponad miarę sprawami frankowymi) przy niepełnej kadrze urzędniczej.
Przypomnijmy, że jednym z założeń ustawy frankowej jest automatyczne zabezpieczenie powództwa po doręczeniu bankowi odpisu pozwu. Sprawność procesu doręczania pism sądowych zależy w ogromnym stopniu od tego, jak dobrze zorganizowana jest praca danej jednostki. Jeśli wskutek krzywdzącej polityki płacowej, spowodowanej decyzjami rządzących, sądy nadal będą borykać się z brakami kadrowymi, wydłużenie czasu potrzebnego na doręczenie pozwu stanie się więcej niż prawdopodobne.
Oto trzy powody, dla których zadowolenie bankowców jest dla rządu ważniejsze niż satysfakcja pracowników budżetówki
Dlaczego rządzący wolą transferować miliony do banków, zamiast wesprzeć słabo wynagradzanych pracowników budżetówki? Przyczyn może być kilka. Po pierwsze, transfer do sektora bankowego będzie duży, ale jednorazowy. Tymczasem podwyżki będą mieć charakter stały i niewykluczone, że rozbudzą finansowe oczekiwania pracowników sądów, czego rządzący wyraźnie chcą uniknąć. Po drugie, polityczni decydenci, jako samozwańcza elita narodu, najprawdopodobniej w większym stopniu identyfikują się z prezesami banków niż z urzędnikami niższego i średniego szczebla. Tych pierwszych traktują jak równych sobie, są oni dla rządzących partnerami w dyskusji. Natomiast z przedstawicielami sfery budżetowej łączą ich zupełnie inne relacje, pozbawione partnerskich fundamentów.
Wreszcie po trzecie, Ministerstwo Sprawiedliwości, jako strategicznie istotny resort w Polsce, pilnie potrzebuje sukcesu. Wiadomo już, że przeprowadzenie reformy KRS będzie ekstremalnie trudne. Okazuje się też, że działania wymierzone przeciwko neosędziom zyskują dość ograniczone poparcie społeczne. Widać to chociażby po frankowiczach, którzy zaczynają obawiać się, że wojna resortu z sędziami powołanymi przez neoKRS będzie stanowić pretekst dla banków do kwestionowania już wydanych wyroków. Jeżeli impas w wymiarze sprawiedliwości będzie trwał kolejne miesiące, zniecierpliwienie frankowiczów może się udzielić kolejnym grupom obywateli, a nie zapominajmy, że najpóźniej w 2027 roku odbędą się wybory parlamentarne, których wynik przesądzi o przyszłym kształcie polskiej sceny politycznej.
Do wyborczego zwycięstwa obecnym partiom koalicyjnym potrzebne będzie coś więcej niż głosy żelaznego elektoratu. Niezbędne będzie wsparcie osób niezdecydowanych – a jak przekonać osoby krytycznie patrzące na polską politykę, by oddały głos na któregoś z koalicjantów? Pewnym argumentem może być przyśpieszenie orzekania w sprawach cywilnych, które wymaga jak najszybszego usunięcia z sądów sporów frankowych.
Rozwiązania zaproponowane w ustawie mogą w kilka miesięcy usunąć ze statystyk sądowych kilkadziesiąt tysięcy spraw o kredyty w CHF. Nie dlatego, że strony się dogadają, czy odstąpią od roszczeń, a z powodu łączenia postępowań z inicjatywy samych banków. Na infografikach resortu będzie to wyglądać pięknie, a w rzeczywistości? Cóż, w tzw. „realu” nic się nie zmieni – sprawy te w dalszym ciągu będą obciążać krajowy wymiar sprawiedliwości, a zagospodarowanie zaległości spadnie na głowy urzędników sądów. Tych samych, którym rządzący proponują 3 procent podwyżki.
Bardzo jesteśmy ciekawi, jak ta perfidna strategia obecnej władzy wpłynie na sytuację kadrową w polskim sądownictwie. Czy uda się w końcu zamknąć nabory na stanowiska asystentów i referendarzy w dużych jednostkach sądowych? A może, w reakcji na dobroć rządzących, osoby, które już pracują w sądach, zaczną rozglądać się za lepiej płatnym zatrudnieniem w sektorze prywatnym? Wcale nie bylibyśmy zdziwieni.
PODSUMOWANIE:
Resort sprawiedliwości od blisko dwóch lat próbuje naprawić sytuację w polskim sądownictwie, jak dotąd bez spektakularnych sukcesów. Rządzący bardzo chętnie epatują statystykami orzeczniczymi w sprawach frankowych, które stają się lepsze nie dzięki działaniom ministerstwa, a wskutek naturalnych czynników, takich jak wyczerpująca się pula osób uprawnionych do pozwu. Politycy w swojej walce o zażegnanie frankowego kryzysu wolą nęcić banki perspektywą zwrotu połowy opłaty sądowej, niż postawić na odpowiednią gratyfikację kadr urzędniczych, codziennie pracujących na efektywność polskiego wymiaru sprawiedliwości.
Jeśli ustawa frankowa wejdzie w życie, w stronę banków, i tak notujących już rekordowe zyski, popłyną od Skarbu Państwa wielomilionowe kwoty, które w sprawiedliwym świecie powinny zasilić wynagrodzenia osób pracujących nad poprawą jakości polskiego sądownictwa. Transfer środków w kierunku sektora bankowego nie poprawi sytuacji wymiaru sprawiedliwości, a jedynie utwierdzi polskie społeczeństwo w przekonaniu, że celem politycznej kasty jest to, by bogaty dalej się bogacił, a biedny akceptował ten stan rzeczy, zbyt zajęty walką o przetrwanie.



