Dyskusja o krajowych przepisach regulujących sankcję kredytu darmowego, w kontekście dyrektywy CCD2, którą Polska powinna zaimplementować jeszcze w tym roku, toczy się w atmosferze pełnej emocji. I trudno się temu dziwić: stawka w tej grze jest wysoka, a wygrany zgarnia całą pulę. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem polskiego rządu, sankcja kredytu darmowego, jaką znamy z obecnej ustawy o kredycie konsumenckim, zostanie doprecyzowana i objęta proporcjonalizacją. Jest to o tyle interesujące, że jednolita sankcja funkcjonuje w Polsce od 15 lat, i do niedawna nie wzbudzała żadnych kontrowersji. Dlaczego więc dziś zarówno banki, jak i strona rządowa uważają, że wymaga pilnej rewizji? Czy problemem jest to, jak została sformułowana sama sankcja? A może sednem sprawy jest sposób, w jaki ukształtowano umowy, które podlegają pod ustawę o kredycie konsumenckim?
Z tekstu dowiesz się:
- Dlaczego dopiero w 15 lat od wejścia w życie, sankcja kredytu darmowego stała się niewygodna dla sektora bankowego i strony rządowej
- Jak rządzący wyobrażają sobie nową odsłonę sankcji kredytu darmowego i co na to banki
- Czy odpowiedzią na nieetyczne praktyki przedstawicieli rynku finansowego mogą być kary nakładane przez UOKiK
- Czy prawdą jest, że stanowisko TSUE zaprezentowane w wyroku C-744/24 mogło zaskoczyć bankowców i polski Nadzór Finansowy
- Jaka jest rola kancelarii prawnych w wojnie o SKD? Czy podmioty z tego rynku sztucznie wykreowały spór o skredytowane odsetki, czy tylko zaadresowały istniejący problem.
15 lat sankcji kredytu darmowego: przepis, który miał chronić konsumentów, stał się zagrożeniem dla systemu?
Polsce zostało bardzo niewiele czasu na wdrożenie nowej ustawy o kredycie konsumenckim, za pomocą której do krajowego prawa mają zostać zaimplementowane regulacje zawarte w dyrektywie CCD2, dotyczącej właśnie kredytów konsumenckich. Obecna ustawa funkcjonuje od grudnia 2011 roku i stanowi bezpośrednią odpowiedź na wcześniejszą, pochodzącą z 2008 roku dyrektywę CCD1. W oparciu o przepisy aktualnej ustawy wprowadzono do obrotu prawnego miliony umów pożyczek i kredytów gotówkowych, ratalnych oraz konsolidacyjnych, których wartość szacowana jest na setki miliardów złotych.
W minionych 15 latach ustawa ta nie wzbudzała większych kontrowersji, a spory sądowe powstałe na jej tle należały do rzadkości. Zmieniło się to dopiero w okolicach 2023 roku, gdy kancelarie prawne wyspecjalizowane w ochronie praw konsumenta zaczęły się przyglądać klauzulom zawartym w umowach kredytów konsumenckich.
Bardzo szybko okazało się, że umowy te nie są wolne od wad. Co więcej, wady te nie są drobnymi uchybieniami, pozostającymi bez większego wpływu na ciężar zobowiązania po stronie konsumenta. Doświadczeni prawnicy, którzy latami udowadniali w krajowych sądach abuzywność umów kredytów frankowych, zauważyli w kredytach konsumenckich bardzo powszechny i wątpliwy prawnie mechanizm, przekładający się w sposób absolutnie niezaprzeczalny na sytuację finansową kredytobiorcy.
Banki latami, na masową skalę, oferowały tzw. kredytowanie kosztów kredytu, takich jak np. prowizje czy składki na ubezpieczenie. Jeżeli konsument nie dysponował własnymi środkami na zapłatę prowizji, bank doliczał mu tę prowizję do pożyczanej kwoty. Główny problem związany z tą praktyką jest taki, że banki, doliczając prowizję do kredytu, powiększały również podstawę oprocentowania, co prowadziło do zafałszowania RRSO (rzeczywistej rocznej stopy oprocentowania). Od kwoty, której konsument nigdy nie otrzymał do ręki, a która miała stanowić dodatkowy zysk dla banku za udzielenie kredytu, podmiot naliczał odsetki. Tym samym na jednej umowie zarabiał na trzy różne sposoby: na odsetkach od użyczonej kwoty, na prowizji i na odsetkach od tej prowizji.
Gdy prawnicy konsumentów podnieśli tę kwestię na forum publicznym, banki bardzo szybko przystąpiły do kontrataku, twierdząc, że ta praktyka jest w pełni legalna i zgodna z obowiązującą ustawą o kredycie konsumenckim. Machina jednak ruszyła, a do sądów zaczęły trafiać kolejne sprawy, w których kredytobiorcy, w odpowiedzi na pobranie od nich odsetek od skredytowanych kosztów, domagali się zastosowania przewidzianej w art. 45 ustawy o kredycie konsumenckim sankcji kredytu darmowego. Krajowi sędziowie szybko podali w wątpliwość twierdzenia banków o legalnej naturze mechanizmu. Do TSUE trafiły pierwsze pytania o kredytowanie kosztów, w tym te zarejestrowane pod sygnaturą C-744/24. 23 kwietnia 2026 roku Trybunał ustosunkował się do przedstawionych mu zagadnień w sposób korzystny dla strony konsumenckiej: uznał, że bank może kredytować koszty kredytu, ale nie może pobierać z tego tytułu żadnych odsetek.
Po tym wyroku w sektorze bankowym, jak i w strukturach rządowych, zapanowała duża nerwowość. Zagrożone są miliony umów, nie mówimy więc o problemie sektorowym, tylko systemowym. Nawet jeśli na spór sądowy zdecyduje się tylko kilka procent uprawnionych do pozwu, dla polskiego wymiaru sprawiedliwości oznaczać to będzie prawdziwą katastrofę. Konsumencka inwazja byłaby wielokrotnie większa od tej frankowej: nie mówimy już o setkach tysięcy umów, tylko o milionach. Co więcej, z uwagi na wartość przedmiotu sporu w tych sprawach, w większości niższą od 100 tys. zł, pozwy o SKD zalałyby przede wszystkim sądy rejonowe, zupełnie nieprzygotowane kadrowo ani organizacyjnie na tego rodzaju wyzwanie.
Dokładne analizy i ważne informacje dla kredytobiorców.
Śledź nasze profile, aby wzmocnić ich widoczność i być na bieżąco:
W przyszłym roku SKD, jaką znamy od 15 lat, przestanie istnieć. Rządzący intensywnie pracują nad nowymi rozwiązaniami sankcyjnymi
Strona rządowa zareagowała na wyrok bardzo szybko: już w niespełna miesiąc później zapadła decyzja o odebraniu prezesowi UOKiK upoważnienia do prowadzenia prac nad ustawą o kredycie konsumenckim. Prace te toczyły się w urzędzie od ok. dwóch lat, a projekt był na etapie zaawansowanych konsultacji. Problem w tym, że UOKiK w swoim projekcie przyjął założenia zupełnie nieodpowiadające potrzebom rządzących i oczekiwaniom banków. Szef UOKiK, Tomasz Chróstny, nie krył, że kierowanej przez niego instytucji zależy na rozszerzeniu katalogu uchybień zagrożonych sankcją kredytu darmowego. Planowano nawet wprowadzenie „sankcji kredytu darowanego”, która miała stanowić odpowiedź na szczególnie rażące naruszenia. W wypadku ich stwierdzenia bank mógł zostać pozbawiony nie tylko prawa do odsetek od udzielonego kredytu, ale również do otrzymania zwrotu samego kapitału.
Projekt został krytycznie oceniony nie tylko przez banki, ale i Komisję Nadzoru Finansowego oraz Ministerstwo Finansów. To ostatnie stało się w czerwcu, obok Ministerstwa Sprawiedliwości, współgospodarzem projektu – podjęto decyzję, że ustawa zostanie napisana od nowa, a do momentu zakończenia prac jej zapisy nie będą konsultowane z interesariuszami.
W międzyczasie, gdy stało się jasne, że poprzednia wersja ustawy ląduje w koszu, uaktywnili się w mediach przedstawiciele Komisji Nadzoru Finansowego, w tym jej szef, Jacek Jastrzębski, który zaczął publicznie sugerować, że w sytuacji, w której uczynienie sankcji kredytu darmowego proporcjonalną nie będzie możliwe, należy rozważyć usunięcie jej z krajowych przepisów.
W kolejnych tygodniach UOKiK stał się celem medialnych ataków ze strony przedstawicieli rządu. Swoje zdanie w sprawie postanowiła zaakcentować dr Wiewiórowska-Domagalska, pełnomocniczka ministra sprawiedliwości ds. ochrony praw konsumenta. W swoich medialnych wypowiedziach pani pełnomocnik sugerowała, że UOKiK jest instytucją, która tak naprawdę niewiele robi na rzecz ochrony konsumenta – w tym wykazała się biernością w sprawie kredytów frankowych, co ostatecznie doprowadziło do przeniesienia tych sporów na sale sądowe. Czytając przemyślenia przedstawicielki resortu sprawiedliwości, można wyrobić sobie fałszywy pogląd, jakoby UOKiK nie reagował na naruszenia banków względem kredytobiorców frankowych czy na inne patologie rynku finansowego. Jest to dalekie od prawdy, i można to bardzo łatwo zweryfikować.
Jak UOKiK karał banki za stosowanie klauzul abuzywnych: miliony złotych sankcji, do odrobienia w kilka dni
Nie ma chyba w Polsce drugiego urzędu, który poznał butę bankowców w takiej skali, jak UOKiK. Na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat urząd nakładał na banki wielomilionowe kary, dotyczące różnych typów produktów, w tym oczywiście hipotek frankowych. Karane były największe instytucje w kraju, w tym PKO BP i Pekao S.A., w przypadku których suma kar wyniosła 62 mln zł. W 2020 roku karane były również BNP Paribas (26,6 mln zł), Millennium Bank (10,5 mln zł) i Santander Bank Polska (23,6 mln zł). Mimo niekorzystnych decyzji UOKiK, podmioty te w dalszym ciągu stroniły od polubownego rozwiązywania sporów z konsumentami (pierwsze ugody zaczęły być proponowane dopiero w 2021 roku, i to tylko przez niektóre banki), a w toczących się sprawach sądowych bankowcy utrzymywali, że kwestionowane przez konsumentów umowy nie zawierają postanowień niedozwolonych i powinny być wykonywane w niezmienionym kształcie.
UOKiK nie był bierny także w sprawie kredytów konsumenckich: przykładem zdecydowanych działań urzędu wobec abuzywnych praktyk sektora może być kara nałożona w styczniu 2026 roku na PKO Bank Polski. Podmiot musi zapłacić prawie 80 mln zł, a powodem jest stosowanie niejasnych postanowień umownych dotyczących zmiany oprocentowania w kredytach konsumenckich.
Wydaje się to ogromna kwota, ale z perspektywy największego banku w Polsce są to… grosze, do odrobienia w mniej niż 3 dni. W całym 2025 roku podmiot zaraportował zysk w wysokości 10 mld 682 mln zł, co w przeliczeniu na stawkę dzienną daje ponad 29 mln zł. Punkt widzenia banku jest więc oczywisty: lepiej zapłacić karę i robić dalej swoje, niż dostosowywać się do zaleceń i tracić wielokrotnie wyższe kwoty. Mechanizm ten poznaliśmy w sprawach frankowych i trudno oczekiwać, by działał on inaczej w sporach o hipoteki złotowe czy kredyty konsumenckie.
Jeśli spojrzymy na to z tej strony, przestaje dziwić, że UOKiK, sfrustrowany nieskutecznością dotychczasowych działań, chciał wzmocnić ochronę konsumenta ustawowo. Niestety, zamiast braw, pracownicy urzędu usłyszeli falę krytyki i zderzyli się z próbami podważania sensu istnienia samej instytucji.
Nowa ustawa o kredycie konsumenckim wejdzie w życie jesienią 2027 roku? Tak sugerują rządzący
Co obecnie dzieje się w sprawie ustawy o kredycie konsumenckim? Wiadomo już na pewno, że rząd nie wyrobi się w terminie, tj. do 20 listopada 2026 roku, z rozpoczęciem stosowania nowych przepisów. Jest prawdopodobne, że opóźnienie wyniesie ok. roku – a przynajmniej taki wniosek można wysnuć z wypowiedzi strony rządowej. Ministerstwo Sprawiedliwości zakłada, że ustawa wejdzie w życie przed końcem bieżącej kadencji – a wybory parlamentarne powinny odbyć się jesienią. W międzyczasie ustawa będzie szeroko konsultowana społecznie.
Niedawno ujawniono, że w nowej ustawie ma zostać zachowana dotychczasowa sankcja, przy jednoczesnym wprowadzeniu nowych mechanizmów sankcyjnych. Jest już właściwie jasne, że rządzący pójdą na rękę bankom i wprowadzą proporcjonalizację sankcji. Wg Wiewiórowskiej-Domagalskiej, obecna sankcja jest niezgodna z unijnym prawem, gdyż przewiduje darmowy kredyt w przypadku naruszeń pozostających bez wpływu na sytuację konsumenta. Zapoznając się z wypowiedziami pełnomocniczki ministra, można by wysnuć wniosek, że obecnie kredytobiorcy domagają się SKD za błahe naruszenia, źle postawione przecinki czy literówki w umowie. A tak przecież nie jest.
Dominującym problemem są odsetki pobrane od skredytowanych kosztów, czyli coś, co zdaniem TSUE nie powinno mieć miejsca. Co więcej, Trybunał wypowiadał się w sprawie sankcji przewidzianej przez polskie prawo w wyroku C-472/23 z 13 lutego 2025 roku. Unijni sędziowie nie sprzeciwili się istnieniu w krajowym prawie jednolitej sankcji za naruszenia popełnione przez bank względem konsumenta. Szerzej na temat SKD w kontekście projektowanej ustawy Wiewiórowska wypowiedziała się 21 sierpnia 2026 roku, w rozmowie z dziennikarzem Business Insider. To właśnie wtedy ujawniła, jakie inne sankcje, prócz SKD, są brane pod uwagę przez stronę rządową. Pełnomocniczka ministra podała przykład sytuacji, w której przedsiębiorca nie poinformował konsumenta o jakimś koszcie – wówczas przedsiębiorcy nie wolno tego kosztu naliczać. Wiewiórowska wyjaśnia, że jeśli bank pobrał od konsumenta świadczenie nienależne, ów konsument może zażądać zwrotu takiego świadczenia bez odwoływania się do zasad ogólnych.
Można więc odnieść wrażenie, że Ministerstwo Sprawiedliwości pod pojęciem dodatkowych mechanizmów sankcyjnych rozumie nie sankcję, a restytucję, czyli naprawienie wyrządzonej szkody. Powstaje w tym miejscu pytanie, czy taka sankcja jest proporcjonalna do skali naruszenia, a także czy jest skuteczna oraz odstraszająca – wszak tego wymagają unijne przepisy, na które z lubością powołuje się dr Wiewiórowska-Domagalska, ale tylko wtedy, gdy jest jej to akurat na rękę.
Rząd chce proporcjonalnej sankcji, tymczasem banki ignorują wyroki TSUE i dokonują własnych interpretacji krajowych przepisów
Ilekroć Ministerstwo Sprawiedliwości rozprawia o potrzebie rewizji sankcji stosowanych za uchybienia w umowach kredytów konsumenckich, pada argument proporcjonalności, ale z pominięciem dwóch pozostałych cech, które powinna spełniać sankcja, czyli właśnie skuteczności i odstraszającego charakteru. SKD w obecnym kształcie, choć jednolita, bez wątpienia zniechęca przedsiębiorców do powielania abuzywnych praktyk w przyszłości. Dość powiedzieć, że banki usunęły z bieżącej oferty produkty oparte o kredytowanie kosztów na długo przed wydaniem wyroku w sprawie C-744/24.
W tym miejscu warto jednak zadać pytanie, dlaczego w ogóle zdecydowały się na wprowadzenie takiego mechanizmu, skoro już w kwietniu 2016 roku, w wyroku C-377/14 (Radlinger), TSUE orzekł, że niedopuszczalne jest powiększanie całkowitej kwoty kredytu czy kwoty wypłat o kredytowane koszty.
Przyczyną było najprawdopodobniej to, że ustawa o kredycie konsumenckim nie zakazywała wprost takiej praktyki. Dodatkowo banki tłumaczyły cały proceder w ten sposób, że kredytowana prowizja, choć nie trafia na konto kredytobiorcy, a wędruje bezpośrednio na rachunek banku, jest faktycznie częścią użyczonego kapitału. W tym miejscu warto zwrócić uwagę na nowelizację ustawy z 2017 roku, w której doprecyzowano pojęcie całkowitej kwoty kredytu – z brzmienia art. 5 pkt 7 po dokonaniu zmian dowiadujemy się, że jest to „maksymalna kwota wszystkich środków pieniężnych nieobejmujących kredytowanych kosztów kredytu, które kredytodawca udostępnia konsumentowi na podstawie umowy o kredyt, a w przypadku umów, dla których nie przewidziano tej maksymalnej kwoty, suma wszystkich środków pieniężnych nieobejmujących kredytowanych kosztów kredytu, które kredytodawca udostępnia konsumentowi na podstawie umowy o kredyt”.
Nowelizacja definicji była związana właśnie z nagminną w sektorze praktyką, polegającą na sztucznym powiększaniu podstawy oprocentowania poprzez doliczanie kredytowanych kosztów do całkowitej kwoty kredytu. Banki stosowały tę praktykę, mimo że od dawna było zupełnie jasne, że nie wolno im tego robić – UOKiK przedstawiał jasne stanowisko w tej sprawie już w 2012 roku, czego wyraz dał w broszurze informacyjnej skierowanej do konsumenta, o wdzięcznym tytule „Nie taki kredyt straszny — ustawa o kredycie konsumenckim w pytaniach i odpowiedziach”. Z materiałów edukacyjnych UOKiK polski kredytobiorca już wtedy mógł się dowiedzieć, że kredytowana prowizja nie powinna być wpisana do kwoty kredytu. Jak tłumaczą autorzy broszury, taka praktyka mogłaby wprowadzić konsumenta w błąd co do kosztów kredytu i RRSO, a także uniemożliwić rzeczywiste porównanie ofert.
Nie tylko UOKiK ujmował się za konsumentami w kwestii kredytowania kosztów. W listopadzie 2023 roku Rzecznik Finansowy opublikował broszurę poświęconą sankcji kredytu darmowego, w której znajdziemy cytat z wyroku TSUE w sprawie C-377/14, a także fragment uzasadnienia do wyroku Sądu Okręgowego w Sieradzu dla sprawy I Ca 478/22, z którego jasno wynika, że pobieranie odsetek od skredytowanej prowizji jest niezgodne z prawem. W tamtym czasie RF podawał w wątpliwość legalność stosowanej przez sektor praktyki. Szerzej i dużo bardziej dosadnie Rzecznik wypowiedział się o tych odsetkach w ogólnym istotnym poglądzie, opublikowanym w grudniu 2025 roku.
Dlaczego DOPIERO TERAZ sankcja kredytu darmowego stała się groźna dla banków?
Choć przepisy regulujące sankcję kredytu darmowego obowiązują od 2011 roku, spory na jej tle zaczęły masowo spływać do sądów dopiero w okolicach roku 2024 (w ok. rok po tym, jak o sankcji zaczęło być głośno w mediach). Obecnie ZBP szacuje, że przeciwko 15 bankom toczy się ok. 34 tys. spraw o SKD, a liczba złożonych reklamacji to ok. 120 tys. Jak to się stało, że pozwy o sankcję w relatywnie krótkim czasie zyskały taką popularność? Przyczyny należy szukać w szeroko zakrojonej akcji edukacyjnej, realizowanej przez kancelarie prawne, wyspecjalizowane w ochronie praw konsumenta. W większości są to te same podmioty, które reprezentowały kredytobiorców w sprawach o hipoteki frankowe. Doświadczeni prawnicy już od kilku lat podnoszą publicznie swoje wątpliwości dotyczące praktyk stosowanych przez sektor finansowy (nie tylko banki, ale i podmioty z rynku pozabankowego, wyspecjalizowane w szybkich pożyczkach) wobec konsumentów.
Działania kancelarii dość długo przechodziły w mediach bez większego echa – dyskusja o klauzulach abuzywnych koncentrowała się wokół kredytów w CHF, a później część uwagi przejęły głośne sprawy o WIBOR. Sytuacja zaczęła się stopniowo zmieniać po wyroku TSUE w sprawie Lexitor, a zainteresowanie mediów dosłownie wystrzeliło po 23 kwietnia 2026 roku, czyli po najnowszym unijnym orzeczeniu w sprawie odsetek od skredytowanych kosztów. Kancelariom prawnym bardzo często zarzuca się, że bronią interesów konsumenckich tam, gdzie się to opłaca – tak uważa między innymi dr Wiewiórowska-Domagalska, która sformułowała nawet kontrowersyjną opinię, zgodnie z którą konsument w Polsce stał się towarem.
Nie zapominajmy jednak, że kancelarie prawne nie są organizacjami charytatywnymi czy stowarzyszeniami pozarządowymi, a przedsięwzięciami biznesowymi, których zakres i sposób działania jest oczywiście ograniczony zasadami etyki zawodowej. Polemizowanie z bankiem w kwestiach prawnych wcale nie jest tanie – bierzmy pod uwagę, że sektor jest reprezentowany przez najlepszych ekspertów w kraju, a banki wydają miliony złotych na funkcjonowanie departamentów prawnych, które dbają o to, by ryzyko związane z prowadzoną przez te podmioty działalnością było jak najmniejsze. Aby kancelarie mogły kontynuować swoją misję i zmieniać rynek na lepsze, w tym, by stać je było na opłacenie profesjonalnych ekspertyz i na przepalanie tysięcy roboczogodzin na analizy eksperckie, muszą zarabiać. Nie dziwi zatem, że koncentrują się na wybranych typach naruszeń, licząc na to, że poniesione inwestycje w przyszłości zaprocentują. Ten pragmatyzm jest interpretowany na ich niekorzyść zarówno przez sektor bankowy, jak i przez część przedstawicieli rządu, z panią pełnomocnik na czele.
Czy jednak bez kancelarii prawnych, „audytujących” bankowe umowy, polscy konsumenci mieliby szansę na sprawiedliwość w sądach? Czy banki dobrowolnie, jeszcze przed 23 kwietnia 2026 roku, wycofałyby z oferty produkty oparte o kredytowanie prowizji? Czy zgodziłyby się na oddanie klientom nienależnie pobranych odsetek? Odpowiedź jest oczywista. Gdyby nie wyspecjalizowani prawnicy, na rynku nadal mielibyśmy setki tysięcy abuzywnych umów frankowych, a czasowo stałe oprocentowanie w hipotekach złotowych wciąż byłoby rzadkością. Nikomu też nie przyszłoby do głowy kwestionowanie praktyki polegającej na obejmowaniu oprocentowaniem skredytowanych prowizji czy składek na ubezpieczenie. Owszem, UOKiK nadal nakładałby kary i wzywał banki do zaprzestania abuzywnych praktyk, z takim samym skutkiem, jak w przypadku hipotek frankowych.
Dziś kancelarie prawne są oskarżane przez swoich krytyków o instrumentalne wykorzystywanie prawa. Trudno to nazwać inaczej jak projekcją – kancelarie ujawniają po prostu niewygodne fakty, zadają pytania, które laikowi nie przyszłyby na myśl, a także potrafią wyprowadzić argumenty skłaniające sędziów do kierowania w stronę TSUE kolejnych pytań prejudycjalnych, co w konsekwencji pozwala na wyjaśnienie powstałych kwestii spornych. Instrumentalny stosunek do prawa można natomiast przypisać bankom, które są gotowe uznawać roszczenia kredytobiorców dotyczące SKD, ale tylko w tych sprawach, w których sąd krajowy sformułował pytania prejudycjalne do TSUE. Podkreślają to nawet sami sędziowie, którzy dostrzegli już, że banki uznają roszczenie wyłącznie wtedy, gdy wiedzą, że w ten sposób unikną wydania unijnego orzeczenia, mającego znaczenie dla tysięcy podobnych umów. W pozostałych postępowaniach dotyczących tych samych kwestii banki utrzymują, że roszczenia konsumentów są bezpodstawne.
Co ciekawe, ta kontrowersyjna strategia procesowa zupełnie nie wzbudza zainteresowania Ministerstwa Sprawiedliwości, które krytycznie spogląda na działania kancelarii prawnych, a nie reaguje, gdy banki próbują omijać prawo kosztem polskiego konsumenta. Świadczy to niestety o tym, że priorytetem dla rządzących nie jest dziś ochrona najsłabszych uczestników rynku finansowego, a jedynie ochrona sektora przed nową kategorią ryzyka prawnego oraz ustrzeżenie wymiaru sprawiedliwości przed kolejną falą roszczeń konsumenckich.
PODSUMOWANIE:
- Po 15 latach obecności w polskim systemie prawnym, SKD stała się niewygodna dla banków z uwagi na rosnące zainteresowanie nią ze strony polskich konsumentów. Największym problemem dla banków jest to, że SKD stała się przedmiotem pytań prejudycjalnych do TSUE, co grozi powtórką ze scenariusza frankowego
- Rząd chce, aby w nowej ustawie o kredycie konsumenckim występowała sankcja proporcjonalna do skali naruszenia popełnionego przez instytucję kredytową. Jeżeli bank nie poinformował klienta o jakimś koszcie, to nie będzie miał prawa go pobrać. Propozycja projektodawcy przypomina bardziej restytucję niż skuteczną i odstraszającą sankcję
- UOKiK w przeszłości nakładał na banki wielomilionowe kary finansowe, zarówno w odniesieniu do abuzywnych postanowień stosowanych w umowach kredytów frankowych, jak również w nawiązaniu do umów kredytów konsumenckich. Na bankach takie kary nie robią wrażenia – PKO BP jest w stanie odrobić 80 mln zł kary w 2,5 dnia
- Wyrok z 23 kwietnia 2026 roku nie powinien zaskoczyć sektora bankowego, jest bowiem zgodny z tym, co TSUE orzekł 10 lat wcześniej, w sprawie C-377/14.




