W trakcie ponad dziesięcioletniej batalii frankowiczów z bankami doszło do kilku głośnych przełomów, a siódmą rocznicę jednego z nich obchodziliśmy dosłownie przed kilkoma dniami. 3 października 2019 roku Trybunał Sprawiedliwości UE wydał wyrok w sprawie C-260/18, szerzej znanej jako Raiffeisen vs. Dziubak. To właśnie wtedy polskie sądy dowiedziały się, jakie skutki – zdaniem unijnych sędziów – przynosi eliminacja niedozwolonej klauzuli przeliczeniowej z umowy kredytowej zawartej z konsumentem. Dziś frankowicze wygrywają niemal 100 procent spraw sądowych i odzyskują od banków miliardy złotych, ale nie zawsze tak było. Kredytobiorcy pseudowalutowi pracowali na swój sukces latami, a dziś inspirują kolejne grupy klientów sektora do bezkompromisowej walki o swoje prawa. Przeanalizujmy więc, jak zmienił się sektor bankowy pod wpływem masowych roszczeń frankowiczów i zastanówmy, jakie ma to znaczenie dla spraw o SKD i klauzule zmiennego oprocentowania powiązane z WIBOR-em.
Z tekstu dowiesz się:
- Jak banki podchodziły do roszczeń kredytobiorców przed przełomem w sprawach frankowych, a jak podchodzą obecnie
- Jak zmieniała się medialna narracja sektora bankowego, tworzona na potrzeby spraw spornych
- Dlaczego sektor zrewidował swoje podejście do rozwiązań ustawowych w obszarach, które wzbudzają zainteresowanie kancelarii odszkodowawczych
- Czy w perspektywie nadchodzących lat posiadacze pożyczek gotówkowych mogą liczyć na podobną zmianę kursu orzeczniczego do tej, która zaszła w sprawach kredytów w CHF.
Zmiana, która przyszła z Luksemburga: jak wyroki TSUE wzmocniły pozycję procesową polskiego konsumenta?
W czwartek 3 października 2019 roku wydarzyło się coś, co na zawsze zmieniło krajobraz orzeczniczy w sprawach przeciwko bankom. Trybunał Sprawiedliwości UE właśnie tego dnia wydał przełomowy wyrok w sprawie C-260/18, który w następnych latach miał kosztować polski sektor bankowy ponad 100 mld zł. TSUE po raz pierwszy wypowiedział się w sprawie powszechnych na polskim rynku finansowym kredytów waloryzowanych kursem franka szwajcarskiego, a konkretnie przesądził o tym, jakie powinny być konsekwencje zidentyfikowania w umowie kredytowej zawartej z konsumentem niedozwolonej klauzuli przeliczeniowej. Po pierwsze, stało się jasne, że sąd krajowy nie może „naprawiać” umowy kredytowej poprzez usunięcie z niej niedozwolonego warunku umownego i zastąpienie go innym zapisem. Po drugie, umowa, która po wyeliminowaniu klauzuli przeliczeniowej nie jest możliwa do dalszego wykonywania, powinna zostać uznana za nieważną.
I choć banki potrzebowały dwóch kolejnych lat, by zrozumieć, że najbezpieczniejszą dla nich opcją są dobrowolne ugody, prawdopodobnie już 3 października 2019 roku przedstawiciele sektora pożałowali, że nie zgodzili się na propozycję ustawowego skonwertowania umów z CHF na PLN, gdy ta leżała na stole. Następne lata przyniosły prawdziwą lawinę powództw o nieważność i zapłatę – jej szczyt przypadł na rok 2023, w którym do sądów rejonowych, okręgowych i apelacyjnych trafiło łącznie 124 069 spraw (źródło: dane Ministerstwa Sprawiedliwości). Rok 2024 był pod tym względem dla sądów niewiele lepszy: wpływ wyniósł 123 219, natomiast wyraźny spadek liczby nowo składanych pozwów odnotowano w 2025 roku, gdy wymiar sprawiedliwości został „zasilony” o 93 528 nowych spraw frankowych.
Dla porównania, w 2019 roku, w którym TSUE wydał wyrok Raiffeisen vs. Dziubak, frankowicze złożyli 13 tys. pozwów, a załatwialność tych spraw była wówczas na poziomie 4 369 (wskaźnik opanowania wpływu wynosił więc 33,6 proc.). Obecnie w sądach toczy się 141,5 tys. spraw o symbolu 049 cf, z czego 72,7 tys. pozostaje na biegu w sądach I instancji (źródło danych: portal xyz.pl). Szczyt przypadł na końcówkę 2024 roku, gdy w sądach pozostawało w toku ok. 204 tys. takich postępowań. Obecnie polskie sądy załatwiają więcej spraw frankowych niż ich otrzymują, co jest zasługą nie tylko wspomnianego spadku liczby nowych powództw, ale i rosnących „mocy przerobowych” w wydziałach cywilnych. Nie da się też ukryć, że dzięki kolejnym wyrokom TSUE oraz dużej uchwale frankowej Sądu Najwyższego polskie sądy procedują sprawniej – w obszarze franków pozostaje coraz mniej zagadnień do wyjaśnienia, a sprawy pochodzące z tego samego wzorca są na tyle powtarzalne, że w wielu przypadkach nie wymagają już nie tylko przeprowadzania dowodu z opinii biegłego, ale i klasycznej rozprawy. Frankowicze unieważniają swoje umowy bez osobistego stawiennictwa w sądzie, często bez rozprawy online, a po wejściu w życie ustawy frankowej nie muszą nawet składać wniosku o zabezpieczenie powództwa – wstrzymanie wykonywania umowy następuje automatycznie, bez ingerencji pełnomocnika i sądu.
Sądy wydają wyroki w oparciu o materiał, którego pozwany bank nie jest w stanie podważyć – chodzi tu przede wszystkim o samą umowę kredytową oraz załączniki do niej, które razem stanowią bezsporny dowód na winę kredytodawcy. A skoro umowa, po wyeliminowaniu z niej postanowień niedozwolonych, nie może istnieć, wyrok może być tylko jeden.
Na to, dlaczego banki straciły w tych sprawach pole manewru, zwraca uwagę adwokat Jacek Sosnowski, którego kancelaria prowadzi kilka tysięcy spraw przeciwko bankom. – Przez lata banki budowały obronę na zeznaniach doradców, opiniach biegłych i zapewnieniach, że kursy w tabelach były rynkowe. Tymczasem zgodność postanowienia umownego z dobrymi obyczajami ocenia się według stanu z chwili zawarcia umowy, a nie według tego, jak bank faktycznie ją wykonywał. Jeżeli wzorzec pozwalał bankowi jednostronnie kształtować kurs, wynika to wprost z dokumentu i żadne późniejsze wyjaśnienia tego nie zmienią. Dlatego dziś sprawa frankowa w dużej mierze rozstrzyga się na papierze – mówi adwokat Jacek Sosnowski z Kancelarii Sosnowski Adwokaci i Radcowie Prawni.
Dokładne analizy i ważne informacje dla kredytobiorców.
Śledź nasze profile, aby wzmocnić ich widoczność i być na bieżąco:
Kto pozywa banki w 2026 roku i jakie skutki finansowe wywołuje to po stronie sektora?
Choć liczba nowych powództw systematycznie maleje, wciąż pozostawia zauważalny odcisk na kwartalnych wynikach banków – od stycznia do czerwca br. sektor bankowy dotworzył rezerwy w wysokości 2,26 mld zł, a łączna wartość odpisów zaksięgowanych od początku sagi frankowej to 105 mld zł. Jak podaje portal xyz.pl, w samym I półroczu 2026 roku do sądów trafiło 29,59 tys. powództw (spadek o 40 proc. rdr). W tym samym okresie sądy załatwiły aż 58,8 proc. spraw z tej kategorii.
Do niedawna Ministerstwo Sprawiedliwości poważnie brało pod uwagę scenariusz, w którym napływ frankowych apelacji dezorganizuje pracę sądów II instancji. Dziś już wiadomo, że to zagrożenie się nie zmaterializowało: wskaźnik opanowania wpływu w apelacji wynosi obecnie dla spraw frankowych aż 130 proc., podczas gdy 3 lata wcześniej nieznacznie przekraczał 39 proc.
Jaki jest przeciętny profil powoda w sprawach frankowych inicjowanych w 2026 roku, możemy się tylko domyślać: prawdopodobnie są to przede wszystkim posiadacze umów, które były w jakimś stopniu niestandardowe, np. przez wzgląd na osobę powoda (kredyt wzięty na firmę lub w kredytowanym lokalu była zarejestrowana działalność) lub cel finansowania (częściowe wykorzystanie środków kredytowych na cele związane z prowadzoną działalnością gospodarczą). Możliwą przyczyną relatywnie późnego złożenia pozwu jest też skomplikowana sytuacja pomiędzy współkredytobiorcami – dopiero od niedawna jest jasne, że kredytobiorca, który podpisywał umowę wraz z innymi osobami, może wystąpić z pozwem samodzielnie, bez współpracy z resztą. Podwaliny pod linię orzeczniczą w takich sprawach dała uchwała Sądu Najwyższego III CZP 12/23.
– Choć może się to wydawać nieprawdopodobne, po tylu latach, w których temat franków był wałkowany na wszystkie strony, wciąż są osoby, które dopiero teraz decydują się pozwać bank. Część z nich dostaje od banku kolejne wersje propozycji ugodowych, ale każda następna nadal jest dla nich niekorzystna. W pewnym momencie ci kredytobiorcy tracą cierpliwość, idą do sądu i nie chcą już z bankiem negocjować – mówi mec. Sosnowski.
Dodaje, że najliczniejszą grupę wśród spóźnionych powodów stanowią jednak osoby, które spłaciły już kredyt. – Wielu z nich było przekonanych, że skoro kredyt jest spłacony, temat ich nie dotyczy. Dopiero po analizie umowy i historii spłat dowiadują się, ile mogą odzyskać, i okazuje się, że są to kwoty znacznie większe, niż pierwotnie zakładali – wyjaśnia prawnik.
Ważną grupę kredytobiorców stanowią obecnie również posiadacze zobowiązań waloryzowanych kursem innej waluty obcej niż frank szwajcarski. Mowa głównie o eurowiczach, ale wśród pozywających są również dolarowicze i jenowicze, korzystający ze sprzyjającego im orzecznictwa. Skala tych roszczeń zmusiła banki do dostosowania słownictwa w cyklicznych raportach finansowych. Coraz częściej mowa w nich już nie o ryzyku prawnym kredytów frankowych, a o ryzyku kredytów w walucie obcej, co dobitnie świadczy o tym, że problem pozwów o umowy w euro nie jest przez sektor traktowany marginalnie.
Od torpedowania inicjatyw legislacyjnych do dobrowolnych ugód i akceptowania wyroków I instancji
Gdy do krajowych sądów trafiały pierwsze spory o odfrankowienie umów, a kredytobiorcy upatrywali swojej szansy na uwolnienie się od toksycznych klauzul w pozwach grupowych, za kulisami trwały poważne rozmowy środowisk eksperckich, skoncentrowane na rozwiązaniu dojrzewającego problemu. Dziesięć lat temu bardzo dużo mówiło się o legislacyjnym uregulowaniu kwestii kredytów frankowych, a propozycje tych regulacji miały bardzo różne oblicza. Najczęściej padał pomysł przewalutowania tych kredytów na krajową walutę i tym samym usunięcia z umowy czynnika generującego ryzyko. Wówczas banki nie chciały się zgodzić na legislacyjne regulacje – nie interesował ich w tym względzie żaden kompromis, a motywacja do storpedowania całej idei była tak wielka, że sektor był gotów straszyć Państwo Polskie międzynarodowym arbitrażem i wielomiliardowymi odszkodowaniami.
Jak na ironię, banki zostały trafione bronią, którą same wojowały: spór o franki istotnie trafił na arenę międzynarodową, a konkretnie do TSUE, który dokonał takiej wykładni prawa unijnego, jakiej bankowcy nie kreślili nawet w najczarniejszych scenariuszach.
Nim jednak do tego doszło, w okolicach 2017 i 2018 roku, sektor udawał, że problemu nie ma. W sądach toczyły się już setki postępowań przeciwko klauzulom waloryzacyjnym, jednak w środowisku bankowców panowało przeświadczenie, że jakiekolwiek rezerwy na sprawy sporne są fanaberią. W raportach finansowych datowanych na ten okres największe banki w Polsce informowały wprawdzie, że spór o franki istnieje w polskich sądach, przekonywały jednak, że wygrywają większość takich spraw i że ryzyko związane z hipotekami frankowymi jest niewielkie.
Po wyroku w sprawie C-260/18 sektor bankowy starał się budować narrację, według której ów wyrok wcale nie zmienia dotychczasowych zasad gry. Z komunikatów Związku Banków Polskich publikowanych bezpośrednio po wyroku można wynieść, że TSUE nie przesądził wcale o abuzywności kredytów frankowych, sama zresztą abuzywność nie była, według tego przekazu, w ogóle przedmiotem rozważań Trybunału.
Co więcej, zapobiegliwy ZBP roztaczał przed opinią publiczną wizję niekorzystnych następstw unieważnienia umowy – wg opinii Związku w takim scenariuszu bankowi należałoby się, prócz samego kapitału, wynagrodzenie za korzystanie z niego. ZBP prezentował wówczas opinię, według której 3-letni termin przedawnienia bankowych roszczeń rozpoczyna swój bieg dopiero od uprawomocnienia się wyroku stwierdzającego nieważność umowy. Jakby tego było mało, według Zespołu Prawno-Legislacyjnego ZBP, unieważnienie umowy skutkowałoby powstaniem po stronie banku roszczenia przewyższającego swą wartością sumę zobowiązań spoczywających na kredytobiorcy w sytuacji, gdyby umowa nadal była wykonywana.
Doskonale wiemy, jak słabo zestarzała się tamta narracja. Banki pomyliły się właściwie we wszystkim:
- wyrok TSUE z 3 października 2019 roku otworzył kredytobiorcom furtkę do masowego unieważniania frankowych umów, właśnie z uwagi na obecność w tych umowach abuzywnych klauzul waloryzacyjnych
- bank nie ma prawa do wynagrodzenia za bezumowne korzystanie z kapitału kredytu, co w 2023 roku potwierdził wyrok Trybunału w sprawie C-520/21
- trzyletni termin przedawnienia obowiązujący banki powinien być liczony od momentu zakwestionowania umowy przez konsumenta – potwierdzają to liczne wyroki TSUE, jak i duża uchwała frankowa Sądu Najwyższego, III CZP 25/22
- w wyniku unieważnienia umowy bank dysponuje wyłącznie roszczeniem o zwrot kapitału kredytu, natomiast konsument ma prawo oczekiwać, że bank odda mu sumę spełnionych świadczeń, powiększoną o odsetki ustawowe za opóźnienie, liczone od dnia wskazanego w przedsądowym wezwaniu do zapłaty.
Dlaczego przypominamy całą tę historię bankowych przekłamań? Ponieważ z dokładnie takim samym zniekształcaniem rzeczywistości mamy do czynienia w przypadku spraw spornych o sankcję kredytu darmowego i WIBOR.
Nim jednak przejdziemy do tej części naszego artykułu, pragniemy wyjaśnić pokrótce, na czym polega obecna strategia banków w relacjach z kredytobiorcami walutowymi (już nie tylko z frankowiczami, albowiem umowy powiązane z kursem innej waluty obcej są unieważniane tak samo, jak te frankowe). W 2026 roku strategia banków opiera się na:
- masowym proponowaniu ugód i ponawianiu odrzuconych propozycji, po ich uprzednim zaktualizowaniu o dodatkowe korzyści
- podejmowaniu desperackich prób zawarcia ugody również na etapie postępowania sądowego
- coraz częstszym akceptowaniu wyroków wydawanych w sądach I instancji, z myślą o minimalizacji kosztów sądowych oraz odsetek ustawowych za opóźnienie
- proponowaniu kredytobiorcom rozliczeń na zasadzie porozumienia kompensacyjnego – banki wiedzą, że opcją maksimum jest w ich przypadku bezproblemowe odzyskanie kapitału kredytu i dążą do tego, by konsumenci dobrowolnie rozliczyli się z użyczonych kwot
- walce z medialną narracją przeciwników procesowych, według której sądy krajowe nie powinny uznawać przedawnionych roszczeń banków, dotyczących użyczonego kapitału.
Walcząc z roszczeniami dotyczącymi sankcji kredytu darmowego, banki wykorzystują doświadczenie zdobyte w sprawach frankowych
Mimo że – jak wskazaliśmy wcześniej – co kwartał nadal wpływa do sądów po kilkanaście tysięcy spraw frankowych, bankowcy myślami są już gdzie indziej. Z uwagi na malejący napływ spraw spornych, a także stosunkowo dużą pulę utrzymywanych rezerw, franki są dla sektora wczorajszym problemem. Obecnie jego przedstawiciele koncentrują się już na nowych wyzwaniach i na ryzykach, które mogą się dopiero zmaterializować. Mowa tu przede wszystkim o sankcji kredytu darmowego, którą w 2026 roku Komitet Stabilności Finansowej uznał za ryzyko nr 2 występujące w sektorze. SKD jest tym samym wyprzedzana jedynie przez ryzyko geopolityczne.
Według statystyk publikowanych przez Związek Banków Polskich, przeciwko 15 bankom toczy się łącznie ponad 34 tys. spraw o SKD. Te same banki otrzymały do końca I półrocza 2026 roku ok. 120 tys. reklamacji, które w przyszłości mogą przełożyć się na pozwy. Dominująca w mediach narracja jest taka, że banki wygrywają 80 proc. postępowań o SKD, a sam spór o sankcję został sztucznie wykreowany przez kancelarie odszkodowawcze, upatrujące dla siebie w tym rynku szansy na sukces, podobny do tego w sprawach frankowych.
Także i w tej kategorii spraw doszło już do pierwszego przełomu. 23 kwietnia 2026 roku TSUE wydał orzeczenie o sygnaturze C-744/24, przesądzając, że bank nie może pobierać odsetek od skredytowanych kosztów kredytu. Krótko mówiąc, jeżeli bank skredytował prowizję lub składkę na ubezpieczenie, to nie może tych skredytowanych kwot obejmować oprocentowaniem. Taka praktyka przez lata była w sektorze niezwykle powszechna i według ostrożnych wyliczeń ekspertów prawnych, może dotyczyć milionów umów kredytów i pożyczek konsumenckich.
I choć banki na każdym kroku podkreślają, że TSUE nie przesądził o tym, iż opisywana praktyka powinna skutkować zastosowaniem sankcji kredytu darmowego, w sądach zarysowuje się już zdecydowana zmiana orzecznicza, czego dowód stanowią sprawozdania banków za I półrocze. W danych prezentowanych przez mBank, Millennium i Pekao S.A. wyraźnie widać, że w II kwartale, na który przypadł wyrok TSUE, sądy zdecydowanie chętniej zasądzały SKD niż w poprzednich okresach. Najbardziej jaskrawym przykładem tej zmiany jest mBank, który do tej pory przegrywał prawomocnie tylko 5,8 proc. postępowań o SKD. W II kwartale sądy orzekały w tych sprawach na niekorzyść banku w aż 26,5 proc. przypadków. Aktualizacja statystyk przyjdzie już za kilka tygodni – na przełomie października i listopada banki będą bowiem publikować swoje sprawozdania za III kwartał.
Czego banki nauczyły się na frankach i jak wykorzystują tę wiedzę w sporze o SKD?
Sektor bankowy doskonale wie, że w sprawach frankowych zgubiła go nadmierna pewność siebie. Bankowcy w ogóle nie zakładali scenariusza, w którym TSUE przyczynia się do zmiany krajowego orzecznictwa, i to o 180 stopni. Jesteśmy nawet w stanie uwierzyć, że gdy zapadały pierwsze prokonsumenckie wyroki Trybunału, banki zupełnie szczerze interpretowały je na swoją korzyść. Dzisiaj, gdy do TSUE trafiają pytania prejudycjalne o SKD, w sektorze nie ma już miejsca na podobną naiwność.
Przedstawiciele polskiego rynku finansowego doskonale wiedzą, że miliardy, którymi dysponują, nie robią żadnego wrażenia na unijnym Trybunale. Z sędziami TSUE nie da się niczego zakulisowo ustalić czy wynegocjować. Co więcej, dokonują oni wykładni unijnego prawa w oderwaniu od oceny potencjalnych skutków ekonomicznych wydawanych wyroków. Bankowcy są realistami: wiedzą, że ich umowy są dalekie od ideału i wzięcie ich pod lupę bardzo szybko ujawni wady tak poważne, że potencjalnie skutkujące zastosowaniem najsurowszej sankcji. Dlatego starają się nie dopuścić do tego, by TSUE w ogóle wydawał kolejne wyroki w odniesieniu do SKD.
Z ustaleń mediów, między innymi specjalistycznego serwisu prawo.pl, wiemy, że banki są gotowe uznawać roszczenia kredytobiorcy (lub firmy, która weszła w posiadanie wierzytelności na skutek odpłatnej cesji), jeżeli w sprawie krajowej sąd ją rozpatrujący zdecydował się skierować pytania prejudycjalne do TSUE. Tak zrobił na przykład Santander w głośnej sprawie C-566/24, zainicjowanej pytaniami łódzkiego sędziego. Podobną strategię inny bank giełdowy zastosował w sprawie zarejestrowanej w Luksemburgu pod sygnaturą C-714/26: w trzy tygodnie od skierowania pytań prejudycjalnych pozwana instytucja zdecydowała się uznać powództwo i błyskawicznie spełniła roszczenia pieniężne powoda, opiewające na kwotę 72 tys. zł.
Banki uznają powództwo w nadziei, że ten krok zakończy postępowanie krajowe, a w konsekwencji spowoduje, że odpowiedź TSUE na nadesłane pytania przestanie być już potrzebna. Niektórzy sędziowie zaczynają buntować się przeciwko cynicznej strategii banków i nie uwzględniają uznania powództwa, a Trybunałowi rekomendują wydanie wyroku w sprawie.
Mec. Sosnowski zwraca jednak uwagę, że kredytobiorcy nie czekają na rozstrzygnięcia z Luksemburga. – Bardzo wiele osób pozywa banki o sankcję kredytu darmowego już teraz. Korzyści są ogromne, przepisy ustawy o kredycie konsumenckim są zrozumiałe, a wady umów często widać na pierwszy rzut oka. To nie są niuanse, które dostrzeże wyłącznie prawnik – konsument sam widzi, jak bank postąpił i co mówi ustawa. Ludzie składają pozwy, nie czekając na kolejne wyroki TSUE, bo po prostu czują się przez banki jawnie pokrzywdzeni – podkreśla prawnik.
Tam, gdzie sąd nie wysłał do TSUE wniosku prejudycjalnego, banki mają inną strategię. Choć uznają roszczenia kredytobiorcy dotyczące zastosowania SKD za bezpodstawne, to deklarują gotowość do rozliczenia odsetek pobranych od skredytowanych kosztów. Część banków pracuje już nad automatycznym rozliczeniem nadmiarowych odsetek pobranych od 23 kwietnia br., czyli od daty wydania unijnego orzeczenia. Na chwilę obecną żaden bank nie zamierza sam z siebie rozliczać odsetek pobranych przed tą datą. Aby odzyskać te środki, kredytobiorca będzie musiał, w opcji minimum, złożyć reklamację, a w opcji maksimum, pójść do sądu.
Jednocześnie banki kolportują pogląd, zgodnie z którym zakładanie sprawy sądowej jest w takich przypadkach zupełnie nieopłacalne – według bankowców kredytobiorca ma tą drogą do odzyskania kilkaset złotych, co nie pokryje nawet kosztów honorarium prawnika. To oczywista bzdura – kancelarie prawne regularnie donoszą o kolejnych uznanych reklamacjach, dotyczących samych nienależnie pobranych odsetek, które zapewniają konsumentom korzyść rzędu kilkunastu, a czasem nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych. Jeśli kredytobiorca zdecyduje się zagrać o wszystko i pójść do sądu, pula potencjalnych korzyści będzie jeszcze większa. Banki oczywiście o tym nie informują – dbają o to, by ich klienci pozostawali w nieświadomości zarówno co do przysługujących im praw, jak i co do kwot, które są do odzyskania w sądach.
Dodatkowo, podobnie jak w sprawach frankowych, banki dokonują korzystnej dla siebie interpretacji terminów przedawnienia. Utrzymują, że roczny termin na skorzystanie z SKD powinien być liczony nie od spłaty ostatniej raty kredytu, a od momentu uruchomienia finansowania, czyli od wypłaty kapitału. Oczywiście w procesach, w których sądy krajowe pytają o tę kwestię TSUE, banki są gotowe do uznania roszczenia, byleby tylko usunąć sprawę z unijnej wokandy.
– Ustawa o kredycie konsumenckim mówi, że uprawnienie do sankcji kredytu darmowego wygasa po upływie roku od dnia wykonania umowy, a wykonanie umowy przez konsumenta to jej spłata, a nie wypłata kapitału przez bank. Trzeba jednak uczciwie powiedzieć, że ten roczny termin działa w obie strony: kto spłacił pożyczkę dawno, z sankcji już nie skorzysta. Nie oznacza to jednak, że traci wszystko, bo zwrotu odsetek pobranych od skredytowanych kosztów można dochodzić niezależnie od SKD, a takie roszczenie przedawnia się na zasadach ogólnych. Dlatego przed jakąkolwiek decyzją warto ustalić, kiedy kredyt został faktycznie spłacony – zastrzega mec. Sosnowski.
Sektor zabiega o legislacyjne rozwiązanie problemu SKD. Ostateczny dowód na to, jak bardzo bankowcy obawiają się zmiany orzeczniczej?
Spory o hipoteki frankowe nauczyły bankowców, że nie należy ignorować koła ratunkowego rzucanego przez ustawodawcę – dziś wydaje się niepotrzebne, ale już jutro może ocalić kapitały sektora. Gdy sprawy o sankcję kredytu darmowego zaczęły nabierać kolorów, banki bardzo szybko, publicznie, zaapelowały o „doregulowanie” tej sankcji. Funkcjonująca w polskim prawie od 2011 roku jednolita sankcja przestała się sektorowi podobać – jego przedstawiciele zgodnie uznali, że potrzebne jest miarkowanie sankcji i ścisłe uzależnienie jej od faktycznej szkody, wywołanej po stronie kredytobiorcy.
Sektor zintensyfikował swoje działania propagandowe po tym, jak rządzący podjęli decyzję o odebraniu UOKiK upoważnienia do prowadzenia prac nad nową ustawą o kredycie konsumenckim i powierzeniu go Ministerstwu Sprawiedliwości, które pracuje nad projektem od zera wespół z resortem finansów. Dla bankowców ten ruch rządu był ogromną szansą – UOKiK, jako pierwotny gospodarz projektu, nie tylko nie chciał proporcjonalizacji sankcji, a wręcz dążył do rozszerzenia katalogu uchybień kwalifikujących się do objęcia sankcją.
Aktywność bankowców przyniosła oczekiwane rezultaty – choć nowy projekt nie ujrzał jeszcze światła dziennego, z resortu sprawiedliwości już teraz dochodzą głosy, że w ustawie uwzględnione zostaną dodatkowe mechanizmy sankcyjne. Między wierszami resort sugeruje, że niektóre lżejsze uchybienia nie będą karane sankcją, a także, że w przypadku łagodniejszych naruszeń możliwe będzie zastosowanie rozwiązań o charakterze restytucyjnym, czyli prowadzących do naprawienia szkody, a nie do faktycznego ukarania przedsiębiorcy za niedozwolone praktyki.
Niektórzy przedstawiciele sektora bankowego idą w swoich roszczeniach jeszcze dalej i chcą, by… unijna dyrektywa 93/13, chroniąca konsumentów przed skutkami postanowień abuzywnych, została dostosowana do obecnych realiów rynkowych i zaczęła uwzględniać szerszy interes publiczny, a ściślej rzecz biorąc, stabilność sektora finansowego. Zwolennikiem rewizji unijnej dyrektywy jest między innymi Piotr Żabski, prezes Alior Banku, drugiego najczęściej pozywanego o SKD banku w Polsce. Warto podkreślić, że Alior jest niekwestionowanym liderem, jeśli chodzi o przeciętną wartość przedmiotu sporu: wynosi ona w tym banku prawie 46 tys. zł, podczas gdy np. w PKO BP jest to niespełna 29 tys. zł, a w Pekao S.A. 31,7 tys. zł.
Sektor wszedł na ścieżkę wojenną z kancelariami prawnymi, bo wie, że nie wygra na zasadach fair play?
Ostatnią ważną zmianą, która zaszła przez ostatnie 10 lat w strategii sektora bankowego, jest ta dotycząca podejścia do profesjonalnych pełnomocników prawnych, wyspecjalizowanych w reprezentowaniu strony konsumenckiej. W początkowej fazie sporów o franki kredytobiorcy byli reprezentowani w sądach przez garstkę młodych prawników, których nie przerażało jednoznacznie probankowe orzecznictwo. Wówczas banki nie brały pod uwagę, że współpracujący z sektorem przedstawiciele prawniczej elity mogą zacząć przegrywać w sądach z adwokatami i radcami prawnymi, którzy mają raptem kilka lat zawodowej praktyki. A przecież dokładnie tak się stało.
Dziś ci młodzi prawnicy, którzy dekadę temu postawili wszystko na jedną kartę, stoją na czele wyspecjalizowanych zespołów prawnych, generujących wielomilionowe zyski. Jakby tego było mało, nieuregulowany rynek usług prawnych przyciągnął do Polski zagraniczny kapitał, który zaczął inwestować w… działalność kancelarii odszkodowawczych. Mowa o spółkach kapitałowych, które proponują kredytobiorcy dwa wiodące modele współpracy: pierwszym z nich jest standardowy pozew, w przypadku którego honorarium jest w dużej mierze uzależnione od wyniku sprawy, drugim z kolei jest cesja wierzytelności.
W tym drugim wariancie kancelaria pozywa bank we własnym imieniu, a kredytobiorca otrzymuje jedynie wynagrodzenie za to, że sprzedał wierzytelność. Szacuje się, że w przypadku SKD nawet 3 na 4 sprawy trafiają do sądu po przeprowadzeniu cesji wierzytelności. Oczywistym jest, że banki chciałyby zablokować kancelariom możliwość skupowania roszczeń konsumenckich. To stało się niemożliwe po zeszłorocznym wyroku TSUE, zgodnie z którym konsument ma prawo do zbycia wierzytelności na rzecz podmiotu trzeciego. Otwarte natomiast pozostaje pytanie, czy ów podmiot trzeci, sam będący przedsiębiorcą, powinien otrzymać w sądzie ochronę należną kredytobiorcy posiadającemu status konsumenta.
Równolegle banki oczekują, że rządzący uregulują rynek usług prawnych, apelują też do UOKiK, by zainicjował dyskusję o regulacji dotyczącej reklamowania się przez kancelarie prawne, wyspecjalizowane w podważaniu umów kredytowych. Banki chcą, by kancelarie w swoich przekazach reklamowych informowały o długości postępowania sądowego, możliwych kosztach, a także o prawdopodobieństwie przegranej. I o ile rzeczywiście zgadzamy się co do tego, że rynek usług prawnych w Polsce potrzebuje doregulowania, to uważamy, że banki są ostatnimi podmiotami, które powinny nadawać ton dyskusji dotyczącej tych regulacji.
Dla tych podmiotów nie liczy się bezpieczeństwo konsumenta czy transparentność usług oferowanych przez kancelarie odszkodowawcze: jedyne, na czym im zależy, to osłabienie przeciwnika i uczynienie jego działalności mniej dochodową. Mniej zarabiająca kancelaria to kancelaria, której nie stać na zlecenie skomplikowanych ekspertyz prawnych, a także na „przepalanie” setek roboczogodzin na rozwój argumentacji i rozbudowę know-how. Tą metodą banki walczą nie tylko o odparcie roszczeń dotyczących kredytów gotówkowych, ale również o zahamowanie powództw przeciwko klauzulom zmiennego oprocentowania, które mogą wygenerować ryzyko prawne o znacznie bardziej niszczycielskiej sile rażenia niż SKD i franki razem wzięte.
Podsumowanie
Upór i rozmach, z jakim sektor bankowy stara się storpedować sprawy sądowe o SKD, świadczą o tym, że przedstawiciele krajowej finansjery doskonale rozumieją skalę uchybień popełnionych w umowach kredytów gotówkowych. Każdy kolejny wyrok TSUE, wydawany w tym obszarze, generuje ryzyko zmiany linii orzeczniczej, a także może utrudnić polskiemu rządowi zaprojektowanie korzystnych dla banków rozwiązań sankcyjnych, które mają się znaleźć w nowej ustawie o kredycie konsumenckim.
Banki mają dziś dużo trudniejsze zadanie niż 10 lat temu: aktualnie polscy sędziowie znają od podszewki treść unijnej dyrektywy 93/13 i właśnie pogłębiają swoją wiedzę na temat dyrektywy CCD2, regulującej kwestie związane z kredytami konsumenckimi (której postanowienia mają zostać zaimplementowane do polskiego prawa w nowej ustawie). Unijne zalecenia, które znajdą się w kolejnych wyrokach Trybunału, zostaną błyskawicznie wdrożone przez polski wymiar sprawiedliwości – potwierdzeniem tego jest to, jak szybko krajowi sędziowie zaczęli zasądzać SKD po wyroku TSUE z 23 kwietnia.
Dodatkowo, sektor nie walczy już w sądach z małymi, niedoinwestowanymi kancelariami, prowadzonymi przez adwokatów, którzy dopiero dołączyli do zawodu. Dziś przeciwko sektorowi występuje absolutna prawnicza topka, za którą stoi i merytoryczna wiedza, i doświadczenie, i imponujący kapitał.
Oczywiście dziś trudno przesądzać o tym, jak ukształtuje się linia orzecznicza w sprawach sankcji kredytu darmowego – spór jest na zbyt wczesnym etapie, jednak zmiana zainicjowana kwietniowym wyrokiem Trybunału wyraźnie świadczy o tym, że procesy z tej kategorii, wbrew narracji rozpowszechnianej przez sektor, nie toczą się o błahe błędy czy o źle postawione przecinki.




