Pokrzywdzeni przez ustawę frankową? To oni teraz mogą masowo ruszyć do sądów

Czas czytania: 10 minut

Ustawa frankowa została już opublikowana w Dzienniku Ustaw i zacznie obowiązywać 7 sierpnia 2026 roku. Jest więc przesądzone, że jej przepisami nie zostaną objęci kredytobiorcy, których zobowiązania są waloryzowane kursem euro, dolara amerykańskiego bądź jena japońskiego. Spod ustawy „wyjęto” zatem bardzo liczną grupę kredytobiorców: w opcji minimum należy liczyć, że chodzi o kilkadziesiąt tysięcy osób. Z danych NBP zawartych w raporcie o stabilności finansowej wynika, że kredytobiorcy posiadający zobowiązania w euro coraz częściej kierują roszczenia do sądów. W sektorze może brakować nawet 10 mld zł rezerw na ryzyka prawne tych umów. Wbrew medialnym zapewnieniom bankowców, pozwanie banku o kredyt w euro czy dolarach jak najbardziej ma sens, mimo że kursy tych walut nie przechodziły tak spektakularnych wahań jak frank szwajcarski. Czy 2027 rok będzie należał do eurowiczów? A może banki zdecydują się zdusić roszczenia kredytobiorców w zarodku i zaproponują im ugody?

Z tekstu dowiesz się:

  • Co wiemy na temat skali sporów sądowych o kredyty waloryzowane kursem euro i dolara amerykańskiego
  • Dlaczego kredytobiorcy posiadający umowy w innych walutach obcych niż CHF dopiero teraz kierują roszczenia na drogę sądową
  • Jakie działania podjęte przez kredytobiorcę (nie chodzi o pozew) mogą skutkować złożeniem mu przez bank propozycji ugodowej
  • Czy ustawa frankowa może jakkolwiek wpłynąć na sytuację eurowiczów w sądach.

Spory sądowe o kredyty w euro mogą sprowadzić na banki wielomiliardowe koszty. Jak sektor przygotował się na to ryzyko?

Jeszcze niedawno o sprawach sądowych dotyczących kredytów waloryzowanych kursem euro, dolara czy jena mówiło się w przestrzeni publicznej naprawdę mało. Dyskusja była niemal w całości zdominowana przez temat kredytów frankowych, a przyczyny tego stanu rzeczy były dwie. Pierwsza z nich to liczba kredytów frankowych udzielonych klientom przez banki w Polsce. Ta była wielokrotnie wyższa niż w przypadku innych kredytów pseudowalutowych (szacuje się, że w szczytowym momencie Polacy spłacali od 700 do nawet 800 tys. hipotek w CHF). Druga przyczyna wiąże się z wahaniami kursu, które w przypadku franka były dużo bardziej dotkliwe dla kredytobiorców niż wahania europejskiej waluty.

Przez długie lata to właśnie frankowicze spośród wszystkich kredytobiorców pseudowalutowych byli najbardziej zdeterminowani do pozwu. A także najlepiej zorganizowani – gdy orzecznictwo dopiero się kształtowało, kierowali pod adresem banków sprawy z powództwa zbiorowego, natomiast po kolejnych prokonsumenckich wyrokach TSUE dominować zaczęły pozwy indywidualne, które obecnie w ok. 97 proc. kończą się uznaniem przez sąd roszczenia kredytobiorcy.

Umowy waloryzowane kursem euro są tak samo wadliwe, jak te frankowe. Banki konsekwentnie na ten temat milczą

Nie każdy zdaje sobie sprawę z tego, że te same wyroki TSUE i uchwały Sądu Najwyższego, które pozwalają frankowiczom na dochodzenie sprawiedliwości przed sądem, stanowią podstawę do skutecznego kwestionowania legalności innych hipotek powiązanych z walutą obcą. Dla sądu nie ma znaczenia ani to, do jakiej waluty obcej był waloryzowany kredyt konsumenta, ani jakim wahaniom poddawana była ta waluta. Tym, co się liczy, są mechanizmy indeksacyjne zawarte przez bank w umowie z klientem.

Mowa o klauzulach przeliczeniowych, które sprowadzały na kredytobiorcę niczym nieograniczone ryzyko wzrostu miesięcznej raty kapitałowo-odsetkowej i salda zadłużenia. Nie jest przy tym istotne, czy bank korzystał z przyznanych samemu sobie uprawnień i manipulował kursem waluty, celem zwiększenia swojego zarobku na umowie. Liczy się jedynie, że stworzył sobie taką furtkę i że nie poinformował klienta w sposób jasny i zrozumiały o występującym ryzyku.

W praktyce oznacza to, że eurowicz (a także dolarowicz i jenowicz), który pójdzie do sądu z pozwem o nieważność i/lub zapłatę, ma takie same szanse na unieważnienie swojej umowy, co frankowicz. Banki mówią o tym niechętnie, a gdy są już pytane przez dziennikarzy o problem hipotek w euro, dają do zrozumienia, że ta grupa kredytów nie stwarza dla nich większego zagrożenia. Bankowcy wskazują, że brak drastycznego wzrostu kursu euro na przestrzeni lat przekłada się na potencjalną korzyść kredytobiorcy z unieważnienia umowy. Krótko mówiąc, według przedstawicieli sektora, kredytobiorca, który zakwestionuje hipotekę w euro, zyska na tym niewiele.

A jak jest naprawdę? Cóż, niewiele, to bankowe opowieści mają wspólnego z rzeczywistością. Fakty są takie, że eurowicze mają wszelkie powody, by iść do sądów, mimo że euro charakteryzuje się większą stabilnością kursu niż frank szwajcarski. Bierzmy pod uwagę, że w 2008 roku, gdy kredyty w euro cieszyły się dużą popularnością, kurs europejskiej waluty był rekordowo niski – trzeba było za nią zapłacić 3,30 zł. Wzrost kursu jest zatem widoczny i z całą pewnością nie ma podstaw do uznania, że posiadacze tych umów nie mają po co iść do sądu.

Na rozdźwięk między narracją sektora a stanem prawnym zwraca uwagę adwokat Jacek Sosnowski, którego kancelaria prowadzi kilka tysięcy postępowań przeciwko bankom.

– Abuzywność klauzuli przeliczeniowej ocenia się według stanu z chwili zawarcia umowy, a nie według tego, jak później zachował się kurs. Wynika to wprost z kodeksu cywilnego, a potwierdza to uchwała Sądu Najwyższego w sprawie III CZP 29/17. Sąd bada więc dwie rzeczy: czy bank przyznał sobie prawo do jednostronnego kształtowania kursu i czy rzetelnie wyjaśnił konsumentowi, że ryzyko walutowe jest nieograniczone. Waluta waloryzacji jest w tym badaniu okolicznością drugorzędną – ocenia adwokat Jacek Sosnowski z Kancelarii Sosnowski Adwokaci i Radcowie Prawni.

Prawnik zastrzega jednocześnie, że argument o mniejszej korzyści z unieważnienia umowy w euro nie jest pozbawiony znaczenia – dotyczy on jednak ekonomiki sporu, a nie jego wyniku.

– Sektor konsekwentnie miesza dwie różne kwestie: podstawę nieważności i wysokość rozliczenia. To, że euro nie zdrożało tak jak frank, może przełożyć się na niższą kwotę do odzyskania, ale w niczym nie sanuje wadliwego mechanizmu indeksacji. Każdą umowę trzeba przy tym policzyć indywidualnie, bo na końcowy wynik wpływa nie tylko kurs z dnia uruchomienia, ale też spread stosowany przez bank, ubezpieczenie niskiego wkładu i kredytowane koszty kredytu. W przypadku „kredytów w euro” korzyści kredytobiorców, również są zazwyczaj bardzo duże – dodaje mec. Sosnowski.

Raport NBP ujawnia prawdę na temat kredytów waloryzowanych kursem euro. Banki muszą szykować 10 mld zł na pokrycie ryzyka prawnego

O skłonności eurowiczów do sądzenia się świadczą dobitnie najnowsze dane Narodowego Banku Polskiego, ujęte w raporcie o stabilności systemu finansowego. Jak czytamy na stronie 33. tego raportu:

„Dalszy napływ pozwów, obecnie dotyczący w mniejszym stopniu kredytów aktywnych nominowanych we franku szwajcarskim a w coraz większym – kredytów spłaconych oraz nominowanych w euro. ”

Na kolejnej stronie twórcy raportu prezentują wykres, obrazujący bankowe koszty z tytułu zawiązania rezerw na ryzyka prawne walutowych kredytów hipotecznych, a także szacunkową wartość brakujących rezerw. Łączne koszty z tytułu rezerw wyniosły 106 mld zł, z czego 29 mld zł banki wydały na ugody, a 21 mld zł na realizację wyroków sądów. Reszta to rezerwy, którymi sektor dysponował na koniec 2025 roku. Oczywiście większość z tych 106 mld zł banki zaksięgowały z myślą o sporach z kredytobiorcami frankowymi. Struktura nowo dowiązywanych rezerw będzie się jednak zmieniać. Świadczy o tym aktywny portfel kredytów pseudowalutowych, w którym franki stanowią w tej chwili mniejszość.

Z danych NBP wynika, że na koniec 2025 roku w bilansach banków pozostawało już tylko 11 tys. kredytów waloryzowanych kursem franka szwajcarskiego i aż 56 tys. umów powiązanych z kursem euro. NBP zakłada, że dodatkowe koszty rezerw na ryzyka prawne mieszkaniowych kredytów w walucie obcej mogą wynieść jeszcze 22 mld zł, z czego 11 mld zł sektor powinien przeznaczyć na umowy spłacone. Na same kredyty waloryzowane kursem euro sektor będzie potrzebował utworzyć odpisy o wartości ok. 10 mld zł.

Większą część z tej kwoty stanowić będą rezerwy na kredyty aktywne – to inaczej niż w przypadku rezerw frankowych, w których większa luka występuje po stronie wykonanych umów. Co ważne, szacunki Narodowego Banku Polskiego nie uwzględniają kosztów postępowań sądowych, odsetek ustawowych za opóźnienie, a także kosztów związanych z rozliczeniami nieważnych umów w walucie waloryzacji i kosztów przedawnienia roszczeń. Należy więc zupełnie rozsądnie oczekiwać, że łączna wysokość rezerw, które sektor utworzy w nadchodzących kwartałach, przewyższy prezentowane w raporcie szacunki.

Dokładne analizy i ważne informacje dla kredytobiorców.
Śledź nasze profile, aby wzmocnić ich widoczność i być na bieżąco:

 

Banki nie mają żadnego interesu w informowaniu opinii publicznej na temat spraw spornych o kredyty w euro. Oto dlaczego

Niewiele jest publicznie dostępnych opracowań, dzięki którym możemy poznać faktyczną skalę problemu sektora bankowego z kredytami w euro. Raporty NBP są tu wyjątkiem, choć i tak nie dostarczają nam pełnej wiedzy. Nie wiemy na przykład, ilu kredytów w euro udzieliły banki na przestrzeni lat, a także jaka część tej puli to umowy spłacone. Ponadto nie mamy dostępu do danych na temat faktycznej liczby toczących się postępowań przeciwko klauzulom waloryzacyjnym powiązanym z europejską walutą. Jeśli natomiast interesują nas dane dotyczące kredytów powiązanych z kursem dolara lub jena, to nie mamy jak zaspokoić tej ciekawości. Z uwagi na to, że umowy te cieszyły się dużo mniejszym wzięciem, ani banki, ani regulatorzy nie zaprzątają sobie głowy informowaniem opinii publicznej o skali zjawiska.

Wskutek zmian w orzecznictwie i uznania przez TSUE oraz przez polskie sądy, że problem abuzywności dotyczy w równym stopniu hipotek frankowych, co tych waloryzowanych kursem innych walut obcych, banki, opisując ryzyka prawne, przestały rozgraniczać te umowy. Obecnie coraz częściej piszą w swoich raportach po prostu o ryzykach walutowych kredytów mieszkaniowych, podając ogólne liczby i kwoty, odnoszące się do wciąż trwających i już zakończonych postępowań oraz do tworzonych rezerw. Naszym zdaniem to działanie nie jest przypadkowe: podawanie ogólnych danych jest dla banków dużo bezpieczniejszą opcją, gdyż skutecznie ukrywa problem szybko rosnącej liczby pozwów składanych przez eurowiczów.

Banki podejmują pierwsze próby godzenia się z eurowiczami. Jak zwykle w takich przypadkach, prekursorem jest PKO BP

Posiadacze hipotek w euro coraz chętniej idą do sądów, z kilku powodów. Najważniejszym jest oczywiście zmiana orzecznicza. Drugim powodem jest zmasowana akcja edukacyjna, prowadzona przez kancelarie prawne, które uświadamiają kredytobiorców co do możliwości pozwania banku o nieważność i zapłatę. Trzeci powód to niepewna sytuacja gospodarcza – masowe redukcje etatów w korporacjach z zagranicznym kapitałem i przenoszenie zatrudnienia do krajów, w których koszt pracownika jest niższy, powoduje, że Polacy zaczynają szukać oszczędności. Przyglądają się więc uważniej swoim wydatkom, a rata kredytu jest kosztem, który naprawdę trudno przeoczyć.

Bankowcy zrozumieli już, że w ich interesie jest niedopuszczenie do kolejnej lawiny powództw, tym razem wywołanej roszczeniami eurowiczów. Sektor dąży do tego, by sprawy sporne były załatwiane już na etapie przedprocesowym. Przykładem podmiotu, który uważa, że ugoda jest lepsza niż proces, jest PKO Bank Polski. Ten kredytodawca, nie oglądając się na konkurencję, po cichu zaczął proponować swoim klientom zawarcie porozumienia w sprawie kredytów w euro. O całej akcji eurowicze mogą dowiedzieć się z poziomu bankowości elektronicznej – PKO BP informuje, jakie korzyści daje taka ugoda, a także zachęca do natychmiastowego rozpoczęcia procedury. Nie jest to zresztą jedyny bank, który stara się zdusić problem umów w euro, nim ten wymknie się spod kontroli.

W sieci możemy znaleźć liczne wypowiedzi kredytobiorców, którzy już po zawnioskowaniu o wydanie duplikatu umowy bądź historii spłaty kredytu otrzymali telefon z banku z propozycją zawarcia ugody. Oczywiście, warunki tych ofert są bardzo różne, zależne w dużej mierze od etapu spłaty kredytu (a także od celu finansowania, determinującego status konsumenta). Ktoś, kto nadpłacił bankowi sporą kwotę ponad kapitał kredytu, może odzyskać część tej nadpłaty, natomiast kredytobiorca, który dotąd oddał mniej niż pożyczył, może liczyć na umorzenie części salda zadłużenia. Czy mimo otrzymania takiej propozycji nadal warto iść do sądu?

Na ogół tak, ponieważ banki, przynajmniej na razie, nie proponują eurowiczom ugód zbliżonych skutkami do sądowego unieważnienia umowy. Nie zapominajmy, że kredytobiorca, który pójdzie do sądu, ma prawo domagać się nie tylko zwrotu świadczenia nienależnego, ale też odsetek ustawowych za opóźnienie, które powinny być przez sąd liczone od daty wskazanej w przedsądowym wezwaniu do zapłaty. Jeśli więc kredytobiorca domaga się od banku zwrotu kwoty 500 tys. zł, to – po rocznym postępowaniu sądowym – z tytułu samych odsetek należeć się mu będzie ponad 46 tys. zł.

Ofertom składanym na etapie przedprocesowym przygląda się mec. Sosnowski, który dostrzega w nich powtórkę scenariusza zastosowanego w przypadku frankowiczów kilka lat temu.

– To jest klasyczne badanie terenu. Banki robiły dokładnie to samo na początku fali frankowej: pierwsze propozycje były najsłabsze z całej późniejszej serii i służyły przede wszystkim sprawdzeniu, jak tanio da się zamknąć temat. Kredytodawca zakłada, że pierwsza grupa klientów podpisze to, co dostanie – bo jest szybko, wygodnie i bez sądu. Z perspektywy banku to czysty rachunek: ugoda zawarta przed pozwem jest wielokrotnie tańsza niż ta sama sprawa rozliczona wyrokiem, a każdy kolejny kwartał zwłoki tę różnicę powiększa – ocenia adwokat Jacek Sosnowski z Kancelarii Sosnowski Adwokaci i Radcowie Prawni.

Jak tłumaczy mec. Sosnowski, przepaść między ofertą a wyrokiem bierze się stąd, że najważniejsze składniki roszczenia w ogóle nie pojawiają się w rozmowach przedprocesowych.

– Realna gra o pieniądze zaczyna się dopiero po złożeniu pozwu, a nierzadko dopiero po wyroku I instancji. Odsetki ustawowe za opóźnienie biegną od terminu wskazanego w wezwaniu do zapłaty i narastają przez cały proces. Do tego dochodzi pełne rozliczenie świadczeń z nieważnej umowy i koszty procesu, a nie samo umorzenie jedynie części salda. Kto realnie interesuje się swoimi finansami, ten to policzy i zwykle zobaczy, że stawka rośnie z każdym etapem sprawy. Zastrzegam jednak, że rachunek nie dla każdego wygląda tak samo – inaczej przy kredycie spłaconym w całości. Ugodę trzeba porównać z wyliczoną kwotą roszczenia, a nie z samym poczuciem, że sprawa jest z głowy – podkreśla prawnik.

Co zmieni w sytuacji eurowiczów ustawa frankowa? Zaskakująco dużo

Ustawa frankowa może poprawić sytuację eurowiczów w sądach, i to nawet mimo tego, że formalnie nie zostaną oni objęci zawartymi w niej regulacjami. Miejmy na uwadze, że sprawy o kredyty w euro toczą się w tych samych wydziałach, co postępowania frankowe. Z raportu NBP datowanego na grudzień 2025 roku wynika, że w sądach toczy się 154 tys. postępowań dotyczących kredytów mieszkaniowych w walucie obcej. Zdecydowana większość to właśnie sprawy frankowe, które w niektórych jednostkach stanowią ponad 70 proc. zaległości.

Chodzi tu głównie o sądy apelacyjne, które wciąż nie przestawiły się na „tryb awaryjny” i w wielu przypadkach mają wyraźny problem z opanowaniem frankowej fali. Ustawa frankowa odciąży te sądy, między innymi dzięki wprowadzeniu automatycznego zabezpieczenia powództwa. Wnioski o przyznanie zabezpieczenia po wejściu w życie ustawy będą pozostawiane bez rozpoznania, podobnie jak skargi składane w tym przedmiocie przez banki.

Co więcej, sądy apelacyjne będą mogły rozpatrywać spory frankowe w składach jednoosobowych i, podobnie jak sądy I instancji, orzekać w nich bez przeprowadzenia rozprawy, na tzw. posiedzeniach niejawnych. Docelowo, w ciągu kilku kwartałów z sądów może zniknąć nawet kilkadziesiąt tysięcy spraw spornych. Kolejki do unieważnienia umowy wyraźnie się skrócą, co może okazać się dużą szansą właśnie dla eurowiczów i dolarowiczów, spragnionych szybkich i prokonsumenckich wyroków.

Zdaniem mec. Sosnowskiego ustawa może okazać się dla posiadaczy kredytów w euro korzystna, choć w sposób przez ustawodawcę niezamierzony.

– Ustawodawca wybrał rozwiązanie sektorowe, obejmujące jedną walutę, choć podstawa prawna roszczeń – dyrektywa 93/13 i art. 385(1) kodeksu cywilnego – jest identyczna dla wszystkich kredytów indeksowanych i denominowanych. Z punktu widzenia równego traktowania konsumentów trudno to obronić i spodziewam się, że argument ten pojawi się w pismach procesowych w sprawach „eurowych”. Paradoksalnie jednak to właśnie ta grupa może na ustawie skorzystać: udrożnienie wydziałów frankowych oznacza krótsze terminy w sprawach rozpoznawanych w zwykłym trybie. Efektu nie należy jednak oczekiwać od ręki – odciążenie apelacji to perspektywa kilku kwartałów, a nie tygodni. Osobno przypomnę, że dla umów już spłaconych bieg przedawnienia roszczeń konsumenta liczy się nie od daty ostatniej raty, lecz od momentu, w którym kredytobiorca dowiedział się o wadliwości umowy – prognozuje adwokat.

PODSUMOWANIE:

Kredyty mieszkaniowe powiązane z kursem innej waluty obcej niż frank szwajcarski zaczynają wyrastać na poważne ryzyko dla sektora bankowego. To już nie opinia, a fakt – wystarczy spojrzeć na dane zawarte w raporcie Narodowego Banku Polskiego, poświęconym stabilności systemu finansowego, by zrozumieć, że banki będą potrzebowały miliardów, by zamknąć temat kredytów w euro, o hipotekach w dolarach i jenach nawet nie wspominając. Co ważne, w swoich szacunkach NBP nie uwzględnia kosztów dodatkowych, w tym opłat sądowych oraz odsetek ustawowych za opóźnienie, które, jak wiemy z postępowań frankowych, mogą stanowić znaczną część finansowej korzyści uzyskiwanej przez konsumenta na drodze unieważnienia umowy.

Banki doskonale wiedzą, że nie ma co czekać, aż do sądów pójdą kolejni chętni. Liczba aktywnych hipotek waloryzowanych kursem euro jest obecnie wielokrotnie wyższa od liczby umów frankowych. Mowa o 56 tys. „eurowych” kontraktów, które są tak samo abuzywne jak te zależne od kursu CHF. A nie zapominajmy, że część eurowiczów zdążyła już w całości spłacić swoje hipoteki, co wcale nie oznacza, że ich roszczenia uległy przedawnieniu. Należy wręcz oczekiwać, że spłacone kredyty w euro to bomba z opóźnionym zapłonem, której wybuch może zostać zainicjowany przez czynnik zewnętrzny – np. przez nagłe pogorszenie się sytuacji gospodarczej w kraju i potencjalny wzrost bezrobocia.

Rozsądek podpowiedział bankowcom, że nadszedł czas na polubowne rozmowy z eurowiczami w przedmiocie zawarcia ugody. Póki co banki proponują umorzenie części salda, w niektórych przypadkach kusząc klientów nawet częściowym zwrotem dokonanej nadpłaty. Systemowo do wyzwania podszedł PKO BP, który do mediacji zachęca kredytobiorców z poziomu panelu w bankowości online. Powielenie tego ruchu przez kolejne duże banki giełdowe jest tylko kwestią czasu: im szybciej banki podejmą temat ugody, tym większe mają szanse na relatywnie tanie pozbycie się problemu. Te, które przegapią odpowiedni moment, zmierzą się z kredytobiorcami w sądach, z równie katastrofalnym skutkiem, co w przypadku sporów o franki.

FrankNews
FrankNews
FrankNews.pl to portal informacyjny poświęcony tematyce rynku kredytowego oraz sporów konsumentów z bankami. Redakcja serwisu od 2014 roku śledzi rozwój orzecznictwa sądowego, zmiany w przepisach prawa oraz zjawiska wpływające na sytuację kredytobiorców w Polsce. Doświadczenia zebrane przy tworzeniu materiałów publikowanych wcześniej w mediach i portalach internetowych stały się podstawą do uruchomienia w 2020 roku serwisu FrankNews.pl — miejsca, w którym informacje dotyczące tej tematyki są gromadzone i prezentowane w formie bieżących wiadomości oraz analiz. Materiały publikowane na FrankNews.pl nie stanowią porady prawnej ani finansowej. Treści odzwierciedlają stanowisko ich autorów i służą przedstawieniu faktów, orzeczeń oraz kontekstu opisywanych wydarzeń. Materiały zamieszczone w serwisie Franknews.pl nie są substytutem dla profesjonalnych porad prawnych. Franknews.pl nie poleca ani nie popiera żadnych konkretnych procedur, opinii lub innych informacji zawartych w serwisie. Zamieszczone materiały są subiektywnymi wypowiedziami autorów.

Related Articles

Najnowsze