Po II kwartale 2026 roku możemy już mówić o powoli wyczerpującym się potencjale programu ugodowego realizowanego przez mBank. Liczba nowo zawieranych ugód wyraźnie spada, czego niestety nie można powiedzieć o liczbie nowo składanych powództw. mBank wciąż stawia na propagandę sukcesu i w swojej prezentacji za II kwartał eksponuje te informacje dotyczące franków, które są dla niego korzystne. Tymczasem do sądów coraz częściej idą kredytobiorcy ze spłaconymi umowami, których skłonność do godzenia się może być raczej niewielka. Czy mBank jest w stanie przygotować adekwatną odpowiedź na to wyzwanie? I czy władze podmiotu, w stymulacji akcji ugodowej, wykorzystają szansę dawaną im przez ustawę frankową?
Z tekstu dowiesz się:
- Jak mBank S.A. radzi sobie obecnie z polubownym rozwiązywaniem sporów powstałych na tle hipotek frankowych
- Dlaczego zawarcie ugody z ex-frankowiczem może się okazać dużo trudniejsze niż z aktywnym kredytobiorcą
- Jak wzrost dynamiki orzeczniczej wpływa na zainteresowanie kredytobiorcy zawarciem ugody
- Na ile niechęć kredytobiorców do frankowych ugód wynika z niejasnego prawa podatkowego.
mBank dochodzi do ściany ze swoim programem ugód frankowych. Dane z I półrocza nie pozostawiają złudzeń
Z dzisiejszej perspektywy wprost trudno uwierzyć, jak wiele było trzeba, by banki pojęły sens polubownego rozwiązywania sporów z frankowiczami. Był czas, gdy kredytobiorcy wprost błagali banki o eliminację z ich umów nadmiarowego i niczym nieograniczonego ryzyka walutowego. Banki pozostawały jednak nieugięte, co można było jeszcze jakkolwiek tłumaczyć w momencie, gdy wygrywały zdecydowaną większość spraw sądowych. Problem polega na tym, że ich skłonność do poszukiwania kompromisowych rozwiązań nie wzrosła nawet wtedy, gdy sytuacja w sądach zaczęła się zmieniać na niekorzyść sektora.
Przypomnijmy, że wyrok w sprawie Raiffeisen vs. Dziubak zapadł w Trybunale Sprawiedliwości UE 3 października 2019 roku. Tymczasem pierwsza ugoda frankowa, i to w formacie pilotażu, została zawarta w styczniu 2021 roku. Zawarł ją PKO Bank Polski, który na wdrożenie systemowego rozwiązania i zaoferowanie ugód szerokiej grupie kredytobiorców zdecydował się dopiero w październiku 2021 roku. Wbrew pozorom, inne banki nie śpieszyły się z podążeniem tą samą ścieżką, co PKO Bank Polski.
Doskonałym przykładem opieszałości w działaniu jest mBank, który dopiero w grudniu 2021 roku zdecydował się na zaproponowanie pilotażowego rozwiązania posiadaczom starannie wytypowanych umów w liczbie 1,3 tys. Warunki, które wówczas proponował frankowiczom mBank, nie były jakkolwiek dopasowane do ugruntowanej linii orzeczniczej – kredytodawca chciał dzielić się z klientem kosztami przewalutowania kredytu po połowie, zatem nie może dziwić, że pilotaż ugodowy nie wsławił się szczególnym wzięciem.
Władze mBanku dopiero w wiele miesięcy później, na jesieni 2022 roku, zrozumiały, że nie tędy droga. Aby odnosić sukcesy w polubownym godzeniu się z kredytobiorcami, trzeba wyjść im naprzeciw i rozpocząć negocjacje. Bank musiał przyjąć do wiadomości, że otoczenie prawne nie pozwala mu już podchodzić do frankowicza tak, jak feudał do wasala. W negocjacjach ugodowych strony są sobie równe, przy czym pozycja negocjacyjna konsumenta jest znacznie lepsza, właśnie z uwagi na zmieniające się orzecznictwo.
Zainteresowanie ugodami frankowymi mBanku w zaledwie pół roku spadło o prawie połowę. Co jest przyczyną?
Gdy mBank pojął w końcu rytm, do którego tańczy cały sektor, jego statystyki ugodowe znacząco się poprawiły. Indywidualnie negocjowane ugody wespół z nową strategią procesową, polegającą na nieodwoływaniu się w przegrywanych sprawach o nieważność umowy, przyniosły imponujące rezultaty. Podmiot, który był drugim najchętniej pozywanym bankiem w Polsce, wypadł poza podium, i to w wielkim stylu. Jeszcze na koniec 2024 roku mBank był stroną 15 996 spraw sądowych o franki i miał zawartych 22 902 ugody. Na koniec I półrocza 2026 roku liczba toczących się postępowań frankowych spadła do 4 291, natomiast liczba zawartych ugód wzrosła do 34 190.
Kolejne kwartały pokazują jednak, że tempo zawierania nowych ugód spada: w ubiegłym kwartale mBank podpisał z frankowiczami tylko 750 porozumień. Dla porównania, kwartał wcześniej ugód było 1 081, a w IV kwartale ubiegłego roku statystyka mBanku powiększyła się o 1 624 ugody. W zaledwie pół roku zdolność mBanku do kończenia frankowego sporu ugodą spadła o niemal 54 proc. Natomiast jeśli spojrzymy na statystyki sześciomiesięczne i zestawimy I półrocze 2026 roku z II półroczem 2025 roku, zauważymy spadek o 49,5 proc., z poziomu 3 626 do 1 831 ugód.
Z czego mogą wynikać tak duże zmiany?
Oczywiście mBank może to tłumaczyć chociażby spadającą liczbą aktywnych umów nieobjętych sporem sądowym (na koniec I półrocza w grę wchodziło ok. 1,1 tys. takich umów wobec 3 tys. aktywnych kontraktów będących w fazie postępowania sądowego), jak również spadkiem ogólnej liczby toczących się sporów sądowych. Ale sprawa nie jest wcale taka prosta.
Na przyczyny malejącego zainteresowania frankowiczów ugodami zwraca uwagę adwokat Jacek Sosnowski, którego kancelaria prowadzi kilka tysięcy spraw przeciwko bankom.
– Kredytobiorcy, którzy wciąż spłacają swoje umowy, doskonale dziś wiedzą, jak wygląda ich sytuacja procesowa i jak wygrywa się z bankiem. To nie jest już skomplikowany proces – przesłuchania nie są trudne, a sędziowie orzekający w sprawach frankowych znają tę materię na wylot. Tacy kredytobiorcy po prostu idą po swoje: chcą odzyskać pełną kwotę nienależnie pobranych świadczeń, często powiększoną jeszcze o wysokie odsetki ustawowe za opóźnienie. Propozycje ugodowe, które z definicji oznaczają rezygnację z części tych korzyści, przestały być dla nich atrakcyjne – mówi adwokat Jacek Sosnowski z Kancelarii Sosnowski Adwokaci i Radcowie Prawni.
Weźmy pod uwagę, że na przestrzeni lat znaczącym zmianom uległa charakterystyka typowego powoda w sprawie frankowej, jak również dynamika procesów z tej kategorii. Jeszcze w okolicach 2023 roku przeciętny frankowicz występujący przeciwko bankowi na drogę sądową był posiadaczem aktywnej, a zatem wciąż sporo go kosztującej umowy. Był to okres, w którym sędziowie bardzo różnie podchodzili do kwestii zabezpieczenia roszczeń kredytobiorcy.
W praktyce często okazywało się, że frankowicz, mimo pozwu, musiał nadal spłacać swój kredyt w oczekiwaniu, aż w jego sprawie zapadnie wreszcie wyrok unieważniający umowę. To oznacza, że planując wydatki swojego gospodarstwa domowego, miesiąc w miesiąc musiał uwzględniać w nich ratę kredytu. I choć wiedział, że jest to sytuacja przejściowa, miał jednocześnie świadomość, że może ona potrwać nawet kilka lat – bo wówczas mało która sprawa o nieważność kończyła się ekspresowym wyrokiem, i niemal w każdym przypadku bank składał apelację, licząc na maksymalne odłożenie ostatecznych rozliczeń w czasie.
A jak wygląda to obecnie?
W II połowie 2026 roku frankowicz nie ma już motywacji do godzenia się z bankiem. Oto powody
Wśród 439 pozwów frankowych otrzymanych przez mBank w II kwartale 2026 roku zdecydowanie dominują te dotyczące już spłaconych umów. Aż 89 procent kwestionowanych kredytów wykonano i zamknięto jeszcze przed skierowaniem sprawy na drogę sądową. Dla porównania, kwartał wcześniej było to 83 proc., a w II kwartale 2025 roku – 72 proc. Udział tych wykonanych umów w ogólnej liczbie toczących się spraw frankowych, w których pozwanym jest mBank, wynosił na koniec I półrocza br. 29 proc. Statystyki mBanku wyraźnie pokazują, że średnio co kwartał udział spraw o spłacone umowy w ogólnej liczbie toczących się postępowań frankowych rośnie o 2 pp. Samo zaś ryzyko prawne generowane przez ex-frankowiczów jest wielomiliardowe: na koniec czerwca mBank miał 32 025 spłaconych umów frankowych, z których tylko 4 proc. objęto sporem sądowym.
Im więcej spraw o kredyty frankowe dotyczy spłaconych umów, tym gorzej dla banków. Ex-kredytobiorca, który wstąpił na drogę sądową, nie odczuwa właściwie żadnych niedogodności związanych z toczącym się procesem. Umowa jest wykonana, wszystkie raty spłacone, samo ryzyko przegranej wynosi ok. 1 proc. Aby taki frankowicz wycofał swój pozew, bank musiałby mu najpewniej zaoferować… zwrot pełnego świadczenia nienależnego, na co zwykle ma, najdelikatniej to ujmując, umiarkowaną ochotę.
Podobne obserwacje płyną z praktyki procesowej.
– Kredytobiorcy, którzy spłacili już swoje kredyty, są bardzo dobrze zorientowani i konsekwentnie dążą do odzyskania całości świadczeń. Nie są zainteresowani ugodami, bo mają pełną świadomość, że każdy rok trwania procesu to dodatkowe odsetki ustawowe za opóźnienie – obecnie ponad 9 proc. w skali roku, a jeszcze niedawno były to wartości dwucyfrowe – ocenia mec. Sosnowski.
Jak dodaje, analogicznie zachowują się kredytobiorcy posiadający kredyty powiązane z innymi walutami, w tym z euro.
– To w większości grupy bardzo zdecydowane, które idą po swoje i chcą odzyskać całość świadczeń. Znają sytuację prawną banków i wiedzą, że nie mają się czego obawiać – orzecznictwo dotyczące kredytów walutowych jest dziś jednoznaczne – podkreśla prawnik.
Jednocześnie, wskutek splotu kilku czynników (kolejne wyroki TSUE, uchwała frankowa Sądu Najwyższego, powołanie do życia kolejnych wydziałów frankowych, zwiększenie liczby etatów asystenckich i urzędniczych w sądach) tempo orzecznicze w procesach o franki wyraźnie przyśpieszyło. Z danych Ministerstwa Sprawiedliwości wynika, że w 2023 roku sąd okręgowy potrzebował przeciętnie ok. 891 dni na rozpoznanie sprawy frankowicza przeciwko bankowi. W połowie 2025 roku czas ten wynosił średnio 486,5 dnia. Istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że po wprowadzeniu ustawy frankowej (która weszła w życie 7 sierpnia br.) będziemy mieć do czynienia z popularyzacją w sądach I instancji tzw. ekspresowych wyroków, bez przeprowadzenia rozprawy, wydawanych na posiedzeniach niejawnych. Dlaczego to ważne?
W takim otoczeniu i przy tak dużej zmianie charakterystyki przeciętnego kredytobiorcy bank może mieć problem z namówieniem klienta na ugodę, i to pod jakąkolwiek postacią, niezrównującą sytuacji tego klienta z tą, w której znalazłby się, unieważniwszy umowę. W II połowie 2026 roku kredytobiorca frankowy procesujący się o nieważność i/lub zapłatę nie musi się martwić o kwestie, które jeszcze 3 lata wcześniej byłyby dla niego źródłem stresu i frustracji.
Procesy toczą się sprawniej, banki mają coraz mniejsze pole do ich komplikowania i wydłużania. Można wręcz pokusić się o stwierdzenie, że nie są nawet szczególnie zmotywowane do sabotowania przebiegu toczących się postępowań. Wiedzą bowiem, że wieloletni proces sądowy przełoży się na dodatkową korzyść dla kredytobiorcy w postaci odsetek ustawowych za opóźnienie. Odsetki te, w przypadku trwającego trzy lata sporu sądowego i wartości przedmiotu tego sporu równej 500 tys. zł, mogą wynieść nawet 160 tys. zł.
Dodajmy do tego, że w 2023 roku przeciętny frankowicz z mBanku wciąż nie wiedział:
- czy wygra swój proces sądowy
- w przypadku aktywnego kredytu, czy otrzyma zabezpieczenie roszczenia
- czy bank ma prawo do waloryzacji kapitału kredytu
- jak powinny być liczone odsetki ustawowe za opóźnienie
- jak powinien przebiegać proces rozliczenia nieważnej umowy (teoria salda vs. dwie kondykcje).
W II połowie 2026 roku kredytobiorca frankowy mający umowę z mBankiem wie, że:
- prawdopodobieństwo prawomocnej wygranej w sprawie o hipotekę frankową wynosi niemal 99 procent
- zgodnie z zapisami ustawy frankowej, dostarczenie bankowi odpisu pozwu skutkuje automatycznym wstrzymaniem wykonywania umowy (dotyczy oczywiście wciąż aktywnych umów)
- bank nie ma prawa do jakiejkolwiek rekompensaty za to, że frankowicz korzystał bezumownie z udzielonego mu kapitału
- odsetki należne konsumentowi za opóźnienie w spełnieniu świadczenia są naliczane od daty wskazanej w przedsądowym wezwaniu do zapłaty, a zatem obejmą cały proces sądowy, aż do przeprowadzenia faktycznych rozliczeń
- zgodnie z ugruntowanym orzecznictwem, nieważną umowę frankową rozliczyć należy wg korzystniejszej dla konsumentów teorii dwóch kondykcji.
Jak zatem widać, sytuacja kredytobiorcy zmieniła się diametralnie, i to mimo tego, że już w 2023 roku orzecznictwo w przeważającej większości było korzystne dla strony konsumenckiej. Obecnie jednak frankowicz nie mierzy się już z dylematami, które jeszcze kilka lat temu były nieodłączną częścią procesowania się z bankiem. Gdy zatem bank zgłasza się do kredytobiorcy z propozycją polubownego rozwiązania sporu, ten nie ma już właściwie powodów, by się na nią godzić.
Frankowicz, który podpisze ugodę, nie zapłaci od niej podatku. Ale są wyjątki
Położenia banków nie poprawia z pewnością skomplikowane prawo podatkowe. Gdy kredytobiorca prawomocnie unieważnia swoją umowę w sądzie, jego sytuacja jest prosta: do przysporzenia majątkowego, od którego należałoby zapłacić podatek, nie doszło, ponieważ kredytobiorca odzyskał od banku to, co zostało nienależnie pobrane. Wyjątkiem jest oczywiście sytuacja, w której kredytobiorca otrzymał prawomocny wyrok stwierdzający przedawnienie bankowego roszczenia o zwrot kapitału. Od tego rodzaju korzyści podatek już będzie należny. Wątpimy jednak, by akurat ta okoliczność zniechęciła kredytobiorców do sądzenia się.
W przypadku frankowej ugody sytuacja jest dużo bardziej złożona. W teorii, kredytobiorca, który podpisze ugodę z bankiem, może liczyć na to, że fiskus zaniecha poboru podatkowego. W praktyce jednak, aby załapać się na ten przywilej, kredytobiorca musi spełnić szereg warunków, w tym środki pochodzące z kredytu musiały zostać przeznaczone na zaspokojenie jego własnych potrzeb mieszkaniowych (jednym z wyjątków jest sytuacja, w której do umowy kredytowej dopisani zostali rodzice osób nabywających mieszkanie za kredyt w CHF – zgodnie z najnowszą interpretacją prawa podatkowego, zawarcie ugody w takim przypadku nie generuje po stronie tych współkredytobiorców, niebędących właścicielami kredytowanej nieruchomości, konieczności zapłaty podatku). Co więcej, z zaniechania poboru podatkowego przez fiskus można skorzystać w przypadku tylko jednej nieruchomości mieszkalnej. Jeśli więc kredytobiorca kupił mieszkanie lub dom z myślą o odpłatnym wynajmowaniu go, czy też nabył za frankowy kredyt kilka nieruchomości, ugoda może się okazać zdecydowanie mniej opłacalna niż unieważnienie kredytu.
Potencjalnych sytuacji spornych powstałych na tle ugód frankowych jest tak wiele, że kredytobiorca często woli wystąpić o indywidualną interpretację podatkową niż narazić się na scenariusz, w którym fiskus po kilku latach upomni się o zaległy podatek. W „wyprostowaniu” sprawy nie pomagają zresztą same banki, które przykładają dość umiarkowaną uwagę do sposobu opisywania świadczeń wypłaconych klientowi w związku z zawartą ugodą. Z treści takiej ugody fiskus nierzadko może wywnioskować, że kredytobiorca otrzymał jakąś tajemniczą „dodatkową kwotę pieniężną”, co znacząco utrudnia właściwe zaklasyfikowanie takich świadczeń.
Na pocieszenie warto dodać, że kredytobiorca będzie najprawdopodobniej w stanie wyjaśnić to nieporozumienie bezpośrednio z urzędem skarbowym – wątpliwe jest jednak, że uda się to zrobić szybko i bezstresowo, o czym mogą świadczyć głośne przypadki opisywane na przestrzeni ostatnich lat przez media (tematem mocno interesował się swego czasu serwis Subiektywnie o Finansach).
Negatywnym bohaterem części z tych historii był właśnie mBank, który dał się poznać jako podmiot niespecjalnie skory do pomocy frankowiczom w wypełnieniu oświadczenia podatkowego po zawarciu ugody. W przypadku opisywanym przez SoF następstwem było naliczenie podatku w kwocie 30 tys. zł, co rozpoczęło wielomiesięczną batalię kredytobiorcy o wyjaśnienie zaistniałej pomyłki. Sprawa ostatecznie zakończyła się happy endem, niemniej jednak w naszej ocenie stanowi przykład tego, że ugoda nie zawsze (a może nawet przeważnie) wcale nie jest lepsza czy prostsza od procesu, do czego usilnie przekonują frankowiczów banki.
PODSUMOWANIE:
Jednolita linia orzecznicza w sprawach frankowych w połączeniu z wysoką dynamiką tych spraw i wejściem w życie ustawy frankowej wcale nie działa na korzyść banków, wciąż zorientowanych na polubowne rozwiązywanie sporów z kredytobiorcami. Przeciętny frankowicz mógł dostrzegać sens zawarcia ugody, gdy ryzyko przegranej było wciąż realne, a przewlekłość procesu sądowego niemal pewna. Obecnie procesy frankowe kończą się zdecydowanie szybciej niż jeszcze w 2023 roku, a największe banki w Polsce, w tym chociażby mBank, przegrywają z kredytobiorcami niemal 99 procent spraw o nieważność i/lub zapłatę. W takim otoczeniu rozwijanie programów ugodowych staje się niezwykle trudne, co wyraźnie widać po statystykach z I półrocza.
Perspektywy programów ugodowych mec. Sosnowski ocenia sceptycznie.
– W praktyce przypadki, w których kredytobiorca decyduje się na ugodę już w toku procesu, zdarzają się coraz rzadziej i niemal nigdy nie wynikają z rachunku ekonomicznego. O takiej decyzji przesądzają zwykle względy osobiste, na przykład zdrowotne, a nie kalkulacja finansowa. Czysto ekonomicznie ugoda przestała się bowiem opłacać – im dłużej trwa postępowanie, tym wyższe odsetki i tym większa korzyść po stronie konsumenta. Spodziewam się, że jeśli banki nie zaczną proponować warunków realnie niemal identycznych do skutków nieważności umowy, statystyki ugodowe w kolejnych kwartałach będą się dalej kurczyć – prognozuje prawnik.



